czwartek, 1 maja 2014

ZRÓB TO SAM: Serum olejowe do włosów

Kręcenie tzw. miksów, czyli papek z różnych kosmetyków, półproduktów, a także produktów spożywczych to najlepsza zabawa we włosmaniactwie. Zgodzicie się ze mną, prawda? ;D

Osobiście najbardziej upodobałam sobie olejowe serum. Jest banalne i ekspresowe w przygotowaniu, a co najważniejsze łączy w sobie dwa w jednym: odżywianie i olejowanie (jak wiemy, same oleje nie nawilżają włosów tylko je natłuszczają).



Przygotowanie

Podstawa serum to odżywka/maska, olej i woda.

W moim serum zwykle znajduje się łyżeczka odżywki/maski do włosów (lub po groszku kilku różnych), pół łyżeczki żelu aloesowego, 10 kropel kwasu hialuronowego, łyżeczka oleju (lub połączenie kilku). Taką mieszankę dopełniam zimną przegotowaną wodą lub wodą różaną do wysokości 1/3 115 ml butelki z atomizerem. Wstrząsam, aż wszystkie składniki się ze sobą połączą. Porcja wystarcza mi na 3 użycia (ilość na zdjęciu na 2 razy). Nie trzymam serum w lodówce.

Do serum można dodać składniki wedle uznania. Ważne jest tylko, aby znalazła się w nim odżywka/maska, która zemulguje olej, dzięki czemu nie będzie się rozwarstwiał z wodą.


Stosowanie serum olejowego to dla mnie oszczędność czasu i wysiłku ;) Przed snem porządnie spryskuję całe włosy (aż będą mokre), odczekuję aż trochę podeschną i zaplatam warkocz. Dla moich włosów to łatwe, szybkie i kompleksowe odżywianie. Zauważyłam, że sam olej przestawał im wystarczać, tak samo jak odżywka nałożona na kilka minut pod prysznicem. Niestety, brakuje mi cierpliwości oraz siły do trzymania na głowie mieszanki pod czepkiem i ręcznikiem przed myciem włosów, które odbywa się u mnie rano. Dlatego odżywka wraz z innymi nawilżaczami w serum rozwiązują ten problem :).


Kręcicie olejowe serum? Jak się u Was sprawdza?

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Obiecane zdjęcia po podcięciu włosów

Wczoraj w końcu znalazłam (dosłownie!) kilka minut na zrobienie paru zdjęć. Nie było czasu na łapanie dobrego światła, więc jedno wyszło trochę prześwietlone. Nie chciałam używać lampy, to efekt jest jaki jest, ale przynajmniej włosy widać ;).
Jak czupryna mi wyschnie, to później zrobię jeszcze zbliżenie na końcówki.




Skręt nie był niczym wspomagany. Jestem strasznym leniem jeśli chodzi o stylizację. Nie dotykałam pianki ani żelu od 2 miesięcy. Wstyd. Ale moje włosy falują same z siebie i chyba właśnie to mnie skutecznie demotywuje ;D.


Wieki miną zanim zrównam krótsze boki. Poleciały 2 cm, ale podcięcia na długości właściwie nie widać. Końcówki się wizualnie zagęściły, ale to nie jest jeszcze to, czego chciałam.




Zabiegi pielęgnacyjne, jakie wtedy poczyniłam:

Olejowanie: Oliwka BDFM 
Mycie: Szampon łopianowy Herbal Care
Odżywka d/s: Balsam Babuszki na łopianowym propolisie nałożony na ok. 5 minut
Odżywka b/s: Kallos Color

sobota, 19 kwietnia 2014

Nowości: szampony Herbal Care i nowy olej

Muszę się usprawiedliwić z braku zdjęć "po podcięciu". Biegam jak kot z pęcherzem, włosy fruwają za mną, nieraz ubrudzone w mące czy posklejane miodem. Obiektyw by pękł na ten opłakany widok ;D. Dlatego pokażę Wam moje ostatnie zakupy. Wybrałam się do E.Leclerca po zakupy jedzeniowe i oczywiście musiałam przytargać stamtąd coś do włosów ;) 




Na ziołowe szampony Herbal Care przerzuciłam się już dobre kilka miesięcy temu. Nie "masakrują" mi skóry głowy (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu), same włosy też je lubią. Jestem wierna wersji z łopianem, ale tym razem postanowiłam wypróbować także wariant z lnem. Co więcej, szampony pojawiły się w nowych butelkach o nieco większej pojemności. Skład pozostał na szczęście bez zmian.

Olej z orzecha laskowego chodził za mną od dawna. Oliwka BDFM nieoczekiwanie dobiła dna, więc poczułam, że to jest ten moment, by brać się w końcu za orzech! 12,99 za półlitrową flaszkę to całkiem intratny interes. Mogę go wręcz lać na włosy... a także do gardła ;)




Po odkręceniu nakrętki bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie nakładka. Otwór w szamponach Herbal Care jest spory i nie zawsze udaje mi się wylać na dłoń odpowiednią ilość. Dzięki nakładce dozowanie produktu jest o wiele łatwiejsze.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Podjęłam "męską" decyzję: będzie cięcie. Dużo zdjęć

Kilka dni temu zarzekałam się, że nie dotknę nożyczek przynajmniej do końca maja, a tu zmiana decyzji o 180 stopni. Moja przyjaciółka nie bez powodu każde moje twarde postanowienie komentuje: aha, jeszcze ci się to zmieni. Hehe, dobrze mnie zna ;)

Wyhodowana długość włosów: 71 cm mierzone centymetrem od linii włosów na czole, czyli włos za cyc. Długość mi się podoba, dążę do jeszcze dłuższych, tylko te końcówki... Są już bardzo przerzedzone, czego może na pierwszy rzut oka nie widać, bo mam w miarę gęste włosy, a fale dodatkowo wizualnie zwiększają ich objętość. 
Zawsze miałam fioła na punkcie gęstych i przyciętych równo jak od linijki końców :). Z tego powodu jestem rozdarta, bo przecież podcinając często włosy nigdy nie uda mi się ich zapuścić. Ale postanowione! Dzisiaj łapię za nożyczki i poleci kilka centymetrów. Efekt udokumentuję jutro ;).

Moje włosy w całej okazałości:

 
 Końcówki po lewej stronie: tragedia.Cienkie i przez to lekkie.




Jakkolwiek bym nie ułożyła włosów te końce zawsze wyglądają, jak potargane ogonki.


 Zostało jeszcze trochę cieniowania.


Dzisiaj pozbędę się 2 cm. Za kilka tygodni prawdopodobnie podetnę drugie tyle. Zejdę z cieniowania, wyrównam włosy i może na powrót końce staną się gęste (bez prześwitów) i ciężkie. Będą straty w długości, ale jestem w stanie ponieść tę ofiarę, byleby pozbyć się tych lichelców. Mam nadzieję, że z moim arsenałem wcierek szybko odzyskam utracone centymetry, by móc dalej ciachać i ciachać bez skończenia z fryzurą na pazia ;)




A tu w dziennym świetle.

Żadnych rozdwojeń, aż żal ciąć, ale po zrównaniu będą się ładniej układać przy tej długości.






Chwała temu, kto dobrnął do końca ;).