Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje włosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje włosy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Większe cięcie: 8 cm mniej, plany pielęgnacyjne

Jedną z moich kotek, Aryę, przedstawiłam Wam w poprzednim poście. Teraz wypadałoby napisać o niej coś więcej. Gdyby potrafiła mówić ludzkim głosem, a gaduła z niej straszna, zapewne powiedziałaby tak: Mam na imię Arya i jestem włosomaniaczką. Uwielbiam gryźć i atakować włosy!
Tym wstępem chciałam naświetlić powody, dla których zdecydowałam się na stratę aż tylu centymetrów, gdy przecież długie włosy są najbliższe memu sercu. Powód nr 1: kot mi je wygryzł :c Powód nr 2: jeśli nie obetnę wyszarpanych kocówek, zniszczenia pójdą wyżej i będę musiała obciąć wiecej. Powód nr 3: jak skrócę włosy to Arya może przestanie się nimi aż tak interesować. Powód nr 4: właściwie to ciekawe jak będę wyglądała w krótszych włosach, bo zdążyłam już zapomnieć :p

Koncepcja skrócenia włosów przestała być niemiłą koniecznością i zaczęła mi się coraz bardziej podobać. Włosy zostały obcięte miesiąc temu z tradycyjnie noszonej przeze mnie długości za talię do połowy biustu (w skręcie). Wydawały mi się bardzo krótkie, aż za krótkie... Długo nie mogłam się przyzwyczaić. Wprawdzie końcówki nabrały objętości, optycznie się zagęściły, ale za nic nie potrafiłam ich ułożyć. Nie chciały się falować jak dotychczas, wywijały się nie w tę stronę, co chciałam. Jeśli pojawił się skręt, to był jakiś dziwny, więc zaczęłam rozczesywać włosy po myciu. Nie jest to dla nich dobre rozwiązanie, bo powoduje puszenie. Rozpoczęłam próby ugniatania żelem, ale efekty były średnie, więc przerzuciłam się na silikonowe serum, które okazało się strzałem w dziesiątkę, choć wcześniej nie byłam zadowolona z tego produktu. Po zmianie sposobu aplikacji serum daje radę ujarzmić puszące się warstwy.





środa, 16 marca 2016

NIEDZIELA DLA WŁOSÓW, PŁUKANKA Z KORZENIA PRAWOŚLAZU

Tytułowej płukanki byłam ciekawa już od dawna, dlatego jak tylko przypomniałam sobie o istnieniu korzenia prawoślazu w trakcie składania zamówienia w aptece, wrzuciłam jedno opakowanie do koszyka i po kilku dniach ochoczo przystąpiłam do pierwszych dziewyczych testów. Niestety, mój entuzjazm szybko opadł, gdy włosy przypomniały mi, że niespecjalnie przepadają za "śluzowatymi" płukankami :P (ta z glutka lnianego była totalnym niewypałem, ale wtedy też włosy były na etapie innej porowatości).

Ostatnio także ponosi mnie z olejowaniem, bo chcąc szybko wykończyć dawne zapasy, olejuję włosy codziennie, aż nastąpi moment krytyczny, gdy po wysuszeniu włosów odkrywam, że ich nie domyłam :p Takim sposobem tej niedzieli zaliczyłam włosową porażkę :p





poniedziałek, 1 lutego 2016

Niedziela dla włosów, płukanka z rozmarynu

Ostatnimi czasy nie robiłam żadnych płukanek, jakoś zapomniałam o tym sposobie pielęgnacji, a przecież specjalnie w tym celu kupiłam kilka opakowań rożnych ziół. Było to dawno, dlatego o nich zapomniałam :p Kilka dni temu przypadkowo odkryłam pojemnik z rozmarynem, upchnięty za kosmetykami, które czekają w kolejce do użycia (kłania się dawne zbieractwo :P). Rozmarynu używałam miesiące temu i stwierdziłam, że skoro mam go na stanie, to czemu by nie wykorzystać go do zrobienia płukanki i nie przypomnieć sobie, jak działa na moich włosach.

2 tygodnie temu podcięłam włosy o jakieś 3 cm. Nie są jeszcze zrównane (dalej schodzę z cieniowania), ale wizualnie prezentują się lepiej, nawet zrezygnowałam z zabezpieczania końcówek serum silikonowym, bo niestety włosy mam już tak niskoporowate, że serum nawet w niewielkiej ilości skleja mi końce, sprawiając, że wyglądają na przerzedzone :c
Natomiast, co mnie bardzo cieszy, to szybki przyrost, bo zdążyłam już odzyskać 2 cm :d




piątek, 8 stycznia 2016

Grudniowa aktualizacja włosów, BHD, podsumowanie jesiennego zapuszczania

Przestaję panować nad moimi włosami. Nie wiem już, który raz to stwierdzam, na dodatek ciągle słyszę od mamy, że "kiedyś miałam ładniejsze włosy". ;P To "kiedyś" oznacza czasy zerowej pielęgnacji, gdy nie robiłam z nimi nic poza myciem szamponem, także auć... No cóż, Matka Natura, a raczej geny po dziadku ;D, wyposażyły mnie w fale tak wybredne, że czasami załamuję nad nimi ręce. :P 
Przede wszystkim, im robią się dłuższe (a uparcie je zapuszczam) tym stają się bardziej problematyczne. Skręt gdzieś zanika, głównie za sprawą ciężaru długich włosów oraz niższej porowatości. Stylizacja pomaga tylko doraźnie, bo na dłuższą metę moje włosą są stanowczo na nie. Dobrze obrazuje to zdjęcie poniżej - we włosy wgniotłam odrobinę żelu sklepowego, bo tylko taka ilość nie powoduje strączkowania, natomiast włosy zupełnie nie złapały skrętu. :c 




Mam też wrażenie, że włosy straciły na gęstości, chociaż nie wypadają. Końce są zdecydowanie rzadsze niż kilka miesięcy temu. Rozważam podcięcie, jednak powstrzymuje mnie nienaganny stan końcówek i chęć zapuszczenia ich w końcu do wymarzonej długości. Niestety, w trakcie jesiennego zapuszczania (październik-grudzień), dorobiłam się tylko + 5 cm. Oczywiście liczyłam na więcej, by móc je bez żalu podciąć. :p Po świętach poleciał 1 centymetr, ale widzę, że to za mało.

Mam kilka włosowych celów na nowy rok i napiszę o tym w następnym poście. Interesuje mnie także kręcenie włosów bez użycia ciepła. Lata temu na noc zawijałam włosy w koczka i choć były dużo krótsze od obecnych, efekt bardzo mi się podobał. Metoda kręcenia na chusteczki nawilżane także mnie ciekawi. Właściwie to interesuje mnie wszystko, co przemieni moje włosy z krzywych i powyginanych drutów w kaskadę fal. ;d Na pewno będą to ekscytujące eksperymenty. :D

niedziela, 11 października 2015

Niedziela dla włosów: nieoczekiwany push-up

Dzisiaj było dosyć minimalistycznie. Próbuję zwalczyć chorobę i niedziela mija mi głównie pod znakiem leżenia pod grubym kocem, gorącej herbaty z cytryną i oglądania ulubionego serialu, który widziałam już milion razy :P Na szczęście nie jestem aż tak umierająca, więc umyłam włosy i zrobiłam zdjęcia ;d





OLEJOWANIE: Na godzinę nałożyłam Vatikę kokosową w ilości 1 łyżeczki. Od dawna nie przesadzam z ilością oleju, nakładam tyle, aby włosy były nim tylko lekko powleczone. Dużo łatwiej jest mi wtedy zmyć olej za pierwszym razem. A właściwie "było", bo od ponad tygodnia jednokrotne mycie przestało wystarczać. Domycie włosów mydłem cedrowym było wręcz niewykonalne, nawet pomagając sobie emulgowaniem. Chyba porowatość mi jeszcze spadła.

MYCIE: Użyłam mydła szungitowego Fratti, w którym od miesięcy jestem zakochana. Pieni się rewelacyjnie, wzmacnia włosy, świtetnie oczyszcza i nie wysusza. Mycie włosów tym mydłem to sama przyjemność.

MASKA: Wmasowałam we włosy maskę Kallos Omega + kilka kropel oleju z pestek winogron i spłukałam po 3 minutach.

Po zmyciu maski zawinęłam włosy w ręcznik, mokre rozczesałam grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami, a w same końcówki (jakieś 10 cm) wtarłam silikonowe serum. Zrezygnowałam z zabezpieczenia długości i chyba to wpłynęło na ostateczny wygląd włosów. Wczoraj były mocniej pofalowane i dociążone, dzisiaj zaś mają sporą objętość z jedynie lekko podwiniętymi końcówkami.

Jak tam Wasze niedziele? :)

sobota, 15 listopada 2014

2 cm w 2 tygodnie. Zapuszczanie włosów cz. 2

Już myślałam, że przyszło mi żyć ze standardowym jak dla ludzi przyrostem 1 cm/1 mies. Przez ponad 2 miesiące moje włosy rosły w ślimaczym tempie, co przyprawiało mnie o niemałe zdziwienie, a nawet irytację. Bo jak to, łykam suplementy, wcieram, maskuję, a one jak na złość stoją w miejscu? Rzecz dotąd u mnie niespotykana. Cały zeszły rok podcinałam końcówki co 1,5 miesiąca o około 3 cm i pomimo to wyhodowałam je do talii.

No dobrze, pomarudziłam sobie, więc czas przejść do konkretów.

Pomimo zastoju we wzroście, 1 listopada podcięłam końcówki. Odrobinę. Włosy mierzyły wtedy 64 cm (pomiar od linii włosów na czole) i wydawały mi się po prostu krótkie. Wczoraj zaś zauważyłam, że są znacznie dłuższe, co potwierdził centymetr - 66 cm, czyli 2 cm na plusie w dokładnie 2 tygodnie. Nareszcie moje cebulki obudziły się ze snu i ruszyły do akcji.

Zasługi dla przyrostu mogę przypisać tabletkom Mega-krzem (łącznie 300mg ekstraktów z pędów bambusa i ziela skrzypu zawierających krzemionkę)  i siemieniu lnianemu (cudowne NNKT), które regularnie przyjmuję od ponad miesiąca. Możliwe też, że włosy zwyczajnie postanowiły rosnąć w typowym dla siebie ekspresowym tempie (zawsze szybko mi rosły). Jednak jakieś pozytywne działanie suplementacji zauważam, przede wszystkim w postaci wysypu baby hair. 

Wzmożone wypadanie odbiło się na stanie końcówek. Boki są mocno przerzedzone, więc włosy wymagają sporego podcięcia... na które nie byłam w stanie się zdecydować w czasie ich wzrostowej posuchy. Wolę siebie w dłuższych włosach.

Zdjęcie sprzed tygodnia.

Mam ochotę ciachnąć je o 3 cm, ale... zobaczymy jak będą rosły ;)

sobota, 9 sierpnia 2014

Bo jestem kobietą i właśnie zmieniłam zdanie, czyli dlaczego obcięłam włosy

Sporo czasu mnie tutaj nie było... I nadeszła pora na powrót, a jak wracać, to najlepiej robiąc mocne "wejście smoka". 
Moje długie fale zapuszczane z taką pieczołowitością, czułością i uporem w jednej chwili poszły pod nożyczki, skracając się do długości za łopatki. Co mnie napadło na tak drastyczną zmianę? To był impuls. Osiągnęłam już cel, do którego zmierzałam przez rok i efekt wcale mnie nie zadowolił. Równej długości włosy do talii okazały się być trudniejsze w utrzymaniu niż początkowo sądziłam. Mój skręt rzadko kiedy współgra z czynnikami atmosferycznymi, końcówki łatwo się przerzedzają, a włosy są po prostu ciężkie.

Potrzebowałam odmiany i tym sposobem pozbyłam się naprawdę wielu centymetrów. Kolejnym etapem było wystopniowanie włosów, którego dokonałam własnoręcznie. Gęstość mojej czupryny zmusiła mnie do stworzenia aż sześciu warstw. Efekt możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej, na którym włosy są już dłuższe - od cięcia minął miesiąc i całkiem sporo podrosły.




Z nowej fryzury cieszyłam się miesiąc. Później już tylko okrutnie tęskniłam za dawną długością i ten stan utrzymuje się każdego dnia. Jednak zdecydowanie się na tak dużą zmianę pozwoliło mi zweryfikować w jakiej fryzurze czuję się najlepiej. I zdecydowanie nie są to włosy równej długości. Warstwy pozwalają mi czuć lekkość na głowie, a same kosmyki - których skręt niestety nie jest mocny, ale jednak jest - lepiej się układają. 

Cięcie nastąpiło na początku czerwca. Teraz włosy sięgają połowy biustu. Rosną dość szybko, chociaż nie stosowałam żadnych wspomagaczy porostu (kilka dni temu powróciłam do picia drożdży). Mam nadzieję, że byczy przyrost się utrzyma, bo chcę by znowu były długie. Powróciła motywacja do zapuszczania kudełków i przy dobrych wiatrach za kilka miesięcy mogę odrobić wszystkie straty na długości. 

Nie będę podcinać końcówek, może jedynie popracuję nad warstwami, ale to w dalszej perspektywie. Nie do końca podobają mi się wyraźnie wystopniowane kosmyki. Potrafią się zawinąć w dłuższe pasma, tworząc efekt "schodów", nie ma ładnego przejścia. Z tego powodu rozważam wypróbowanie metody cieniowania robiąc kucyk (lub kilka) na czubku głowy. 


Jak Wam się podoba zmiana?


czwartek, 17 kwietnia 2014

Podjęłam "męską" decyzję: będzie cięcie. Dużo zdjęć

Kilka dni temu zarzekałam się, że nie dotknę nożyczek przynajmniej do końca maja, a tu zmiana decyzji o 180 stopni. Moja przyjaciółka nie bez powodu każde moje twarde postanowienie komentuje: aha, jeszcze ci się to zmieni. Hehe, dobrze mnie zna ;)

Wyhodowana długość włosów: 71 cm mierzone centymetrem od linii włosów na czole, czyli włos za cyc. Długość mi się podoba, dążę do jeszcze dłuższych, tylko te końcówki... Są już bardzo przerzedzone, czego może na pierwszy rzut oka nie widać, bo mam w miarę gęste włosy, a fale dodatkowo wizualnie zwiększają ich objętość. 
Zawsze miałam fioła na punkcie gęstych i przyciętych równo jak od linijki końców :). Z tego powodu jestem rozdarta, bo przecież podcinając często włosy nigdy nie uda mi się ich zapuścić. Ale postanowione! Dzisiaj łapię za nożyczki i poleci kilka centymetrów. Efekt udokumentuję jutro ;).

Moje włosy w całej okazałości:

 
 Końcówki po lewej stronie: tragedia.Cienkie i przez to lekkie.




Jakkolwiek bym nie ułożyła włosów te końce zawsze wyglądają, jak potargane ogonki.


 Zostało jeszcze trochę cieniowania.


Dzisiaj pozbędę się 2 cm. Za kilka tygodni prawdopodobnie podetnę drugie tyle. Zejdę z cieniowania, wyrównam włosy i może na powrót końce staną się gęste (bez prześwitów) i ciężkie. Będą straty w długości, ale jestem w stanie ponieść tę ofiarę, byleby pozbyć się tych lichelców. Mam nadzieję, że z moim arsenałem wcierek szybko odzyskam utracone centymetry, by móc dalej ciachać i ciachać bez skończenia z fryzurą na pazia ;)




A tu w dziennym świetle.

Żadnych rozdwojeń, aż żal ciąć, ale po zrównaniu będą się ładniej układać przy tej długości.






Chwała temu, kto dobrnął do końca ;).

poniedziałek, 10 lutego 2014

Płukanka wzmacniająca (kolendra, rozmaryn, natka pietruszki, zielona herbata z goździkami, pieprzem i cynamonem)

Przygotowując płukanki przestałam się zupełnie ograniczać. Ostatnio do głowy wpadł mi pomysł z wykorzystaniem kolendry oraz zielonej herbaty z dodatkiem pieprzu, cynamonu i goździków. Lubię eksperymentować i mam nadzieję, że takie połączenie składników (stosowane systematycznie) wzmocni i popędzi moje cebulki do wzrostu.




Kolendrą zainteresowałam się, gdy zobaczyłam ją w składzie rosyjskiego olejku, mającego odżywiać cebulki. Kolendra stymuluje wzrost włosów, likwiduje łupież i zwiększa dopływ krwi do cebulek włosowych. Całkiem ciekawy pakiet dobroczynnych właściwości, prawda?

Zielona herbata o pieprznej mieszance początkowo występowała w płukance jako forma recyklingu. Skoro płukanki z herbaty (zielonej, czerwonej) mają korzystny wpływ na włosy, to czemu jej nie dodać? Natomiast pieprz, cynamon jak i goździki kojarzą mi się z pobudzeniem krążenia. 

Rozmaryn to stały składnik moich płukanek i nie mogło go zabraknąć w tej bombie wzmacniającej.

Natkę pietruszki dodałam, bo niesamowicie zwiększa objętość moich włosów.




PRZYGOTOWANIE:

Tak to wygląda po przecedzeniu ;)

1 łyżeczka rozmarynu
1 łyżeczka natki pietruszki
0,5 łyżeczki rozgniecionych owoców kolendry (wykorzystałam kolendrę Kamis)
1 łyżeczka mieszanki zielonej herbaty z pieprzem, cynamonem i goździkami

Wsypałam wszystkie składniki do garnuszka i zalałam ok. 300 ml wrzątku. Przykryłam i odstawiłam na noc. Rano przecedziłam płyn, a płukankę użyłam do ostatniego płukania włosów.



 Efekt na włosach:



Włosom taka mieszanka bardzo się spodobała. Fale są grube, gładkie i sypkie. Znowu nie chciało mi się ich ugniatać, więc wyszły bardzo delikatne. Jednak bardziej od efektu na długości włosów zależy mi na wzmocnieniu cebulek, dlatego płukankę mam zamiar stosować kilka razy w tygodniu.



Eksperymentujecie z płukankami? Macie swoje ulubione?

niedziela, 2 lutego 2014

Miesiąc bez czesania włosów + styczniowa aktualizacja

Ufff, miniony miesiąc był dla moich włosów okresem nowych wyzwań, eksperymentów i intensywnej walki o każdy włos, który miałby czelność spaść z mojej głowy. Co się zmieniło, co podziałało, czy coś się udało?


Wraz z rozpoczęciem nowego roku postanowiłam pożegnać się z grzebieniem i przestać rozczesywać włosy. To był pierwszy krok ku lepszemu, ku piękniejszym włosom, na który długo nie potrafiłam się zdecydować. Tutaj możecie zobaczyć, jak wyglądały moje włosy 1 dnia nierozczesywania KLIK. 

A tak moje włosy prezentują się po miesiącu:



Skrętu moich włosów przywodzi mi na myśl kilkuletnią dziewczynkę, biegającą z rozwianą czupryną. Fale są nieregularne, z jednej strony i na różnych pasmach mocniejsze, gdzie indziej słabsze. Ciężar i długość także robi swoje. Zastanawiam się, co zostanie z moich fal, gdy w końcu uda mi się zapuścić włosy do pasa (w tej chwili sięgają niewiele przed talię). 





Co zauważyłam po miesiącu nieczesania? Pożegnałam na dobre puszenie, fale przestały się ze sobą zlewać a zaczęły lepiej definiować, skręt stał się trochę mocniejszy i mimo że moje kudły wyglądają jakby żyły własnym życiem, podobają mi się dużo bardziej niż kiedyś. Co więcej, włosy zupełnie się nie plączą, więc nie muszę ich czesać nawet pod prysznicem z nałożoną odżywką do spłukiwania lub bez spłukiwania. To mi się podoba!

Na zdjęciach widzicie włosy tylko "wyrypane" mocnym szamponem (bez odżywiania przed myciem) i potraktowane na moment miksem dwóch odzywek z dodatkiem skrobi ziemniaczanej. To moje największe i zdecydowanie najbardziej owocne odkrycie, jakiego dokonałam w styczniu. Szczerze wątpię, bym już kiedykolwiek potrafiła rozstać się z mąką ziemniaczaną, bo spełniła wszystkie moje pragnienia: jedwabistość, piękny połysk, dociążenie, nawilżenie.

Wprowadziłam do pielęgnacji płukankę z natki pietruszki, która nadaje nieprawdopodobnej wręcz objętości. Nigdy w to nie wierzyłam, do czasu, gdy nie przekonałam się na własnej skórze. Naprawdę warto ją wypróbować mimo osobistej awersji do tego zielska (od dziecka patrzę na pietruszkę "złym okiem"). Przełamałam się i już nie potrafię bez niej żyć, tym bardziej, że w mojej blisko trzyletniej karierze włosomaniaczki znalazłam może 2-3 kosmetyki zwiększające objętość. Niemniej z pietruszką nie mogą się równać. KLIK.

W styczniu toczyłam też zażartą walkę z lekkim wypadaniem włosów. Udało się, ale o szczegółach napiszę w osobnym poście ;).

A jak Wasze włosy miały się w styczniu? 


piątek, 17 stycznia 2014

Co o cieniowaniu sądzą moje włosy

Skręt
Jedyny jako taki pozytyw jaki widzę w pocieniowanych włosach, dlatego od niego zaczynam.
Warstwy i cieniowanie potrafią sprawić, że moje włosy kręcą się zdecydowanie lepiej, wyżej.  A kręcić się potrafią całkiem konkretnie i to same z siebie, nawet pieczołowicie rozczesywane po umyciu i dodatkowo wygładzane dłońmi w czasie schnięcia. Niestety nie mam sztywnego skrętu, nigdy o niego specjalnie nie dbałam, więc wystarczy, że zawinę włosy w tzw. ślimaka, by się rozprostowały i wygładziły. Albo pójdę spać i obudzę się z kudłami pod plecami.

Moje włosy się kręcą, ale po użyciu różnych kosmetyków ten skręt bywał raz taki, raz siaki. Nieraz bardzo mocno kręciła mi się lewa strona, gdy prawa wykazywała jedynie leniwą chęć falowania. Bywało jednak gorzej... gdy kręciła się góra, a dół pozostawał prosty.

Objętość
Kto nie słyszał tej fryzjerskiej mantry: jak pocieniujemy, to zrobi się ich więcej? Może przy głowie, ale nie na końcach... Wiszące kikuty, to o nich będzie mowa. Nie potrafię żyć z przerzedzonym dołem, a taki właśnie uzyskuję, skazując moje włosy na nieszczęsne cieniowanie. Przy długich włosach, jakie głównie nosiłam i noszę to się zupełnie nie sprawdza. Wycieniowana końcówka traci włos na długości i robi się cienka. Co innego przy stopniowaniu, ale nie o tym mowa.

Fryzjer
Musiałabym chyba poświęcić całe życie na poszukiwania fryzjera, który potrafiłby pocieniować moje włosy bez wiszącego ogona, bez przerzedzonego dołu i, co najważniejsze, bez tracenia na długości 20 cm. Po tym, co spotkało mnie w kwietniu ubiegłego roku, bałabym się jak ognia znowu usiąść na fotelu w salonie i wypowiedzieć słowa: proszę wycieniować.

Odświeżanie fryzury
Cieniowanie wymaga częstego odświeżania. Moje końcówki potraktowane takim cięciem szybciej się niszczą, a pozostawione samopas (mimo zabezpieczania) i nietykane nożyczkami robią się niemiłe w dotyku i odstają na wszystkie strony. 
Gdy dopadało mnie wypadanie włosów, fryzura szybko traciła kształt, a cięcie traciło swą estetyczną linię. Nikt przecież nie chce wyglądać, jakby wpadł pod kosiarkę. Na pewno nie ja, z moją obsesją na ich punkcie ;). Poprawianie cieniowania było wtedy nie lada wyzwaniem. Wystarczyło omyłkowo zebrać do cięcia zbyt grube pasmo, by powstała we włosach "dziura"i kolejne mysie ogonki. Oto przykład takiej nieprecyzyjnej ręki fryzjerki i bielma na oczach (poprosiłam ją właśnie o delikatne odświeżenie):


Włosy nie posiadają tutaj żadnej linii cięcia. Od łopatek w dół nadają się tylko do ścięcia, przez te dziury po bokach i ogon na środku pleców, który wygląda jak doczepiony. 
Tak, chciałam uśmiercić tę fryzjerkę.

A tutaj włosy po mojej interwencji (po 5 miesiącach i podcięciu kilkunastu centymetrów końcówek):



Krótsze boki sporo podrosły (jak całe włosy), przestały odstawać i zaczynały się zlewać z dłuższym dołem. Sukcesywnym podcinaniem przez te 5 miesięcy likwidowałam wiszący kikut i udało mi się zagęścić dolną partię włosów.


Zdecydowanie łatwiej życie mi się z włosami jednej długości :)
A Wam?

niedziela, 12 stycznia 2014

Styczniowy plan walki z wypadaniem włosów

W grudniu stało się coś niespodziewanego - dotknęło mnie lekkie wypadanie włosów. W listopadzie (jak każdego roku) linienie ustało, traciłam tylko kilka włosów i tak powinno pozostać przynajmniej do końca lipca. Powinno, a stało się inaczej. Na szczęście włosy nie spadają z głowy na potęgę, w gorszych dniach tracę ich ok. 40.
Chcę to zahamować jak najszybciej.

Co będę stosować w walce przeciw wypadaniu? Na styczeń przewidziane są:

Odżywka w spreju Herbal Care z łopianem


Wcieram ją co wieczór od kilku dni, więc na razie niewiele mogę napisać.
Odżywka Farmony, która nadaje się tylko na wcierkę (pędzona jest bowiem na alkoholu) ma bardzo obiecujący skład. Znajdziemy w niej ekstrakty z: łopianu, białej wierzby, szałwii, pokrzywy, siarkę i cynk.


Samoróbna maska


0,5 łyżeczki Heenary + 0,5 łyżeczki Eclipty + 3 krople olejku lawendowego + 1 łyżka arganowej maski Bingo

Heenara to połączenie indyjskich ziół. W składzie ma m.in. Amlę, Brahmi, Shikakai, Kapoor Kachli. Same dobroci wzmacniające cebulki.
O Eclipcie pisałam tutaj i tutaj.
Olejek lawendowy znany jest ze swoich właściwości wzmacniających i przeciwdziałających wypadaniu włosów. Zawsze dodaję go do wcierek i maseczek.
Arganowa kuracja Bingo zawiera multum ziół i olej arganowy, który również odżywia cebulki.

Atak na wypadanie będzie zmasowany i mam nadzieję, że skuteczny!
Maskę mam zamiar stosować kilka razy w tygodniu, na godzinę przed myciem.


Ziołowa płukanka z rozmarynu


Płukanka z rozmarynu wzmacnia cebulki, wygładza włosy i nadaje im piękny połysk. W moim przypadku przyspiesza porost włosów.


Olejek Sesa


Sesa jako wisienka na torcie. Mam po niej wysyp nowych włosów. Zagości na mojej głowie w weekendy. Być może częściej, jeśli czas pozwoli.


Sporo tych sprzymierzeńców przeciw wypadaniu włosów, ale w teraz najważniejsze jest dla mnie szybkie pozbycie się problemu i zagęszczenie czupryny.


Udało się wam uporać z wypadaniem? Co u Was działa najlepiej, może mi coś poradzicie? :)

sobota, 4 stycznia 2014

Pierwsze noworoczne postanowienie ruszyło: przestaję czesać włosy

Podjęłam wyzwanie życia bez grzebienia. Brzmi całkiem śmiesznie, ale wierzcie mi, od rozczesywania włosów byłam wręcz uzależniona. A to skutkowało mordowaniem moich fal, o które przecież tak pieczołowicie dbam (jakom włosomaniaczka sercem i duszą).

Co mnie natchnęło do zmiany? Prawie pozbyłam się cieniowania i włosy przestały współpracować. Falowały w stopniu znikomym, na dodatek puszyły się od byle dotknięcia ręką. Chciały się kręcić, ale rozczesując je po myciu skutecznie im to utrudniałam. Jeszcze wczoraj wyglądały jakby prąd mnie popieścił. Widok opłakany, aż wstyd się przyznać, że dba się  o włosy...

Dzisiaj po raz pierwszy od wielu lat grzebień poszedł out. Włosy rozczesałam pod prysznicem z nałożoną na nie odżywką d/s. Na koniec po myciu roztrzepałam je palcami i zawinęłam pod ręcznik. Nie były splątane, schły naturalnie, a ja z minuty na minutę byłam w coraz cięższym szoku. Fale definiowały się mimo braku jakiegokolwiek ugniatania i, co najważniejsze, nie było puchu. Jeszcze długa droga przede mną, bo włosy muszą nauczyć się kręcić, ale już po pierwszym razie wiem, że do czesania po myciu już nie wrócę :).

Nieczesania dzień 1.





Próbowałyście nieczesania?

środa, 4 grudnia 2013

Jak wysuszyłam sobie włosy na wiór

Jest płacz i zgrzytanie zębów. Pielęgnacja, która uczyniła moje włosy niskoporowatymi, czyli zdrowymi została zdetronizowana przez totalne wysuszenie. Nawet silikony nie dają rady. Nawet kilka warstw silikonów... Żaden olej, maska, nafta, stylizator. NIC nie działa. To jest kryzys mej włosomaniaczej duszy. I ból, że wkłada się całe serce w dokarmienie włosów, a i tak otrzymuje się Saharę. Przez ostatnie dni włosy wyglądały jakby nigdy na oczy nie widziały odżywki. Na dodatek były tak lekkie, że nie czułam jakbym miała coś na głowie, a sięgają do połowy pleców!

Stan włosów zaczął się pogarszać jakoś w połowie listopada. Apogeum nastąpiło tydzień temu. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, by móc uwiecznić ten obraz nędzy i rozpaczy. 
Włosy wysychały bardzo szybko i wszystko je puszyło. Wyglądały jak strzecha siana, chociaż w dotyku były gładkie. Trzeba było poszukać winowajcy: przeproteinowanie? przenawilżenie? ziołowe płukanki? Główkowałam nad tym i 4 dni temu sięgnęłam po inny szampon, z tęsknoty, bo od miesiąca nie mieliśmy kontaktu. Stał sobie na półce trochę zapomniany. I nagle dzika lwia grzywa zmniejszyła się o ponad połowę. No dobra, nawaliłam też silikonów, dla bezpieczeństwa, żeby mi te włosy nie odpadły. Ale grunt, że podziałało i była to głównie zasługa innego szamponu.

Winowajca znaleziony: szampon wzmacniający Joanna Rzepa.



Rzeczywiście, rozpoczęłam nim mycie w listopadzie i kontynuowałam przez cały miesiąc. Nie podrażniał mojej wrażliwej skóry głowy (co zdarza się bardzo rzadko) i świetnie się pienił. Oczywiście, po kilku pierwszych użyciach byłam zachwycona, idealnie domywał, włosów wypadało mniej. Ale powinnam słuchać swojej intuicji, która, ilekroć patrzyłam na ten szampon w sklepie, mówiła: w brud detergentów, przesuszy aż miło. I alko. denat. na dokładkę. Do tej pory to mnie od niego odstraszało, ale niskoporowatość uśpiła moją czujność.

Na chwilę obecną jest już lepiej - z innym szamponem i silikonami, rzecz jasna. Poczytuję to za sukces, bo wcześniej nawet one nie dawały rady. Joanna Rzepa nie poszła do kosza, bo przyda się do zmywania oleju ze skóry głowy. Ma szatańsko pianotwórcze właściwości i raz na jakiś czas krzywdy nie zrobi.

sobota, 9 listopada 2013

PŁUKANKA Z KAWY + EFEKT NA MOICH WŁOSACH (ZDJĘCIA)

Kilka dni temu rozpoczęłam ostrą walkę z wypadaniem i o porost nowych włosów. Wprawdzie na listopad nie przewidywałam zmasowanej zewnętrznej kuracji przeciw wypadaniu, ale po dokładnym zbadaniu czupryny stwierdziłam, że ilość baby hair jest niepokojąco mała. Stanowczo zbyt mała jak na możliwości moich cebulek.

W ruch poszła wcierka z cebuli i łopianu (klik) i płukanki z wzmacniających ziół - liści rozmarynu i orzecha włoskiego. Postanowiłam dodać do nich płukankę z kawy, która ze względu na zawartość kofeiny także pobudza włosy do wzrostu. Kawa pogłębia kolor ciemnych włosów i nabłyszcza.

piątek, 4 października 2013

Włosy: aktualizacja

Pora na włosową aktualizację, bo jednak w ciągu dwóch ostatnich miesięcy sporo się zmieniło w ich wyglądzie. 

22 sierpnia było kolejne cięcie - pożegnałam 2,5 cm. Obliczyłam, że mniej więcej co miesiąc-półtora (od nieszczęsnej kwietniowej wizyty u fryzjera) ścinam po ok. 3cm. Każde cięcie boli, oj boli... ale opłaca się i nie żałuję strat w długości. Krzywy i cienki ogon nie jest szczytem moich marzeń. To raczej koszmar :P



Sumiennie po trochu równam dół, bo mimo wszystko nie potrafię się zdobyć na jednorazowe ścięcie 10 cm.
Boki są krótsze i nadają włosom kształt U, jednak z prawej strony ciągle jest ich mało. Przerzucone do tyłu jeszcze jako tako wyglądają. Tragedia następuję, gdy noszę je z przodu - warstwy są krzywe i nie układają się ładnie. Pozostaje mi walczyć o jeszcze szybszy porost i ścinać, ścinać, ścinać!


Co do pielęgnacji:
- olej lub maska przed każdym myciem
- we wrześniu odpuściłam stylizację
- postawiłam na odżywki i maski z silikonami klik
- w zbiorach znalazł się rosyjski szampon Babuszki Agafii na łopianowym propolisie; testuję go od 3 tygodni
- walczyłam z wypadaniem maseczkami z Ecliptą (klik) oraz olejkiem Vatika lub Green Pharmacy ze skrzypem.
- włosy rosną dość szybko, co być może oprócz maseczek i olejków zawdzięczam również suplementacji cynkiem z wit. A (niedługo skończę 3-miesięczną kurację)

środa, 31 lipca 2013

Włosy w lipcu

Rozpisywać się o lipcowej pielęgnacji nie będę, bo postawiłam na dietę proteinową, a o niej będzie w podsumowaniu akcji "Proteiny". Ale żeby nie było tak "sucho", że zarzucam samymi zdjęciami, napiszę pokrótce jak "cudowałam" z moimi falami przez ten miesiąc.

8 lipca podcięłam końcówki o 2,5 cm i po zdjęciach widzę, że niemal odrosły do poprzedniej długości. W trzy tygodnie! Wprawdzie zaczęłam atakować przyrost olejkiem Vatika ( nie tak namiętnie jakbym tego chciała, ale staram się trzymać systemu wcierania co drugi dzień na 2h), jednak winę zrzucam na słońce - tak, ono także sprawia, że włosy szybciej rosną :)

I jestem takim "hardkorem", że śmigam całe lato w rozpuszczonych... :P








Przez lipiec praktykowałam pielęgnację na bogato w formie OMO (olej/odżywka - mycie - odżywianie). Włosy myję codziennie i codziennie, a raczej co noc lądował na nich olej (wymiennie: kokosowy, arganowy Green Pharmacy, migdałowy i oliwka Babydream Fur Mama, a w skalp Vatika kokosowa). Kilka razy w tygodniu na ten olej nakładałam miks odżywek i masek i zmywałam wszystko szamponem. Potem odżywianie maską lub odżywką na 5-7 minut. Na sam koniec Fruity Passion jako odżywka bez spłukiwania i rzadziej stylizacja.

Szampony:
  • Czekoladowy Evoco - chyba już nie do kupienia, ale skład ma niemal identyczny jak szampon czekoladowy Bingo).
  •  Isana z 7 ziołami - strasznie podrażnił mnie ten szampon, właściwie kupiłam go do zmywania olei ze skalpu, ale gdy skończył mi się Evoco jakoś nie po drodze mi było do Auchana po Malwę aloesową - właściwie nigdzie indziej nie mogę kupić tego szamponu, nawet w Leclercu już go nie ma)

Maski, odżywki po myciu:
  • Bingo z glinką ghassoul - lekka maska, ale o dziwo ładnie dociąża moje włosy i nadaje im fajnej objętości).
  • Isana z bawełną - na początku moje włosy jej nie polubiły, miałam wrażenie, że nic z nimi nie robi i jest tak lekka, że zmuszona byłam dodawać do niej oleju, ale po jakiś sześciu aplikacjach zaczęła spisywać się naprawdę świetnie.
  • Scandic Line Organic Banana Mask oraz Bingo ze spiruliną i keratyną w ramach karmienia włosów proteinami: klik!
  • Fructis Fruity Passion - nakładany po każdym myciu jako odżywka bez spłukiwania. Pisałam o niej tutaj: klik!
Stylizacja:
  • Pianka Nivea Volume
  • Pianka Isana Locken (wersja z prostowłosą panią na opakowaniu)
  • Żel Bielenda z odżywką

poniedziałek, 8 lipca 2013

Aktualizacja włosów: maj - czerwiec 2013

Po feralnym cięciu u fryzjera pod koniec kwietnia musiałam skrócić włosy o 4 cm, więc w pielęgnacji głównie skupiłam się na przyspieszeniu porostu. Chciałam, by włosy jak najszybciej odrosły do dawnej długości. Prawie się udało - w dwa miesiące podrosły o 3cm. Trochę się zawiodłam, ale szczerze przyznaję, że poza olejkiem Green Pharmacy ze skrzypem nie kładłam nic innego na skalp. Sam olejek lądował na skórze max. 3 razy w tygodniu. Gdybym była bardziej systematyczna, przyrost byłby zapewne większy.


Włosy na zdjęciu z czerwca są rozczesane (akurat szykowałam się do podcinania) i ułożyły się, jakby były ścięte w V, a tak nie jest. Linia boków jest krzywa, a z prawej strony brakuje włosów. Chciałam to uchwycić na zdjęciu, ale kudły bezczelnie zrobiły mi "na złość".


Plan jest taki: schodzę z cieniowania i wyrównuję wszystkie włosy do jednej długości. Czuję w kościach, że potrwa to co najmniej rok, więc wysoce prawdopodobne jest, że w pewnym momencie zarzucę regularne  podcinanie i pozwolę im swobodnie rosnąć (już tęsknię za dawną długością...).

czwartek, 4 lipca 2013

Falowana się wita

Włosomaniaczę od przeszło 2 lat. Nie mogę się jeszcze pochwalić kaskadą falowanego włosia do pasa, o jakim marzę i śnię, i które zapewne osiągnęłabym już rok temu, gdybym nie była aż tak niezdecydowana: pocieniowane czy niepocieniowane, na prosto czy w V... Długo nie potrafiłam zdecydować się, w której wersji ja oraz moje włosy wyglądamy najlepiej RAZEM ;)
 
Natura obdarzyła mnie całkiem niezłą burzą fal i po wielu miesiącach walki z okiełznaniem tego buszu doszłam do wniosku, że najwięcej komplementów zbieram przy cięciu "na prosto" (gęste końce, miękkie fale...). Niestety od dobrych kilku lat lubuję się (teraz wypadałoby użyć czasu przeszłego) w warstwach, które podbijają mój skręt, ale w takim cięciu włosy kapryszą aż nazbyt - jedne kręcą się zbyt mocno, inne rozprostowują. Raz po raz trafiał mnie włosomaniaczy szlag, którego efektem było łapanie za nożyczki i ciachanie. Oj, "naciachałam" się przez te 2 lata... Nadszedł czas, by z tym skończyć i postawić sobie cel, do którego konsekwentnie będę dążyć. Po to właśnie jest ten blog. Ma mnie trzymać w ryzach, ustrzec przed popełnieniem tych samych błędów, rozwijać w pielęgnacji i dać satysfakcję!

Po nieszczęśliwej wizycie u fryzjera, który miał tylko poprawić cieniowanie wyszłam z "ogonem" i wyciętą prawą stroną (gdybym mogła, podpisałabym się tutaj własną krwią, że więcej żaden fryzjer nie dotknie moich włosów). Nie należę do frakcji ogonowej, więc w ciągu dwóch miesięcy poleciało 7 cm (żal mi było ciąć więcej, a niestety, by wyrównać krzywe boki czeka mnie pozbycie się jeszcze min. pięciu). Zaczynam hodowanie włosia od nowa. Długa droga przede mną...


Przed fryzjerem (kwiecień):

 


Od razu po:



Po "opitoleniu" 4cm (2 miesiące temu):
Widać, że po prawej stronie brakuje włosów :( Brzydko się układały, bo włosy leciały do środka pleców, więc musiałam je nosić przerzucone na biust, ale niewiele to pomogło - wisiały cienkie kikuty. Włosy podrosły, więc nożyczki poszły w ruch i ubyło z długości kolejne 2,5 cm.


Niech włos będzie z Wami!