Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 stycznia 2016

Wibo Eyshadow Base, baza pod cienie do powiek

Lubię kolorówkę z Wibo, zwłaszcza ich lakiery, tusze do rzęs i róże do policzków. Są taniutkie i dobre. Często kupuję je na sezonowych promocjach w Rossmanie z rabatem -49% Tę bazę nabyłam drogą tejże promocji bez przykładania większej uwagi do recenzji. W końcu to tylko około 5 zł, więc pomyślałam sobie, że jeśli baza mi nie podejdzie, to bez żalu się jej pozbędę i sięgnę po produkt innej marki. No cóż, żal mimo wszystko jest, ale jej nie wyrzucę, bo o dziwo posiada jedną zaletę, dla której znalazłam zastosowanie ;p
Myślę, że starczy tego wstępu i trzeba przejść do konkretów. Mówiąc krótko, baza ta jest koszmarna... Niestety w przypadku tego kosmetyku marka Wibo dała ciała po całości, począwszy od niesamowicie niepraktycznego opakowania, niby tak typowego dla produktów z tej kategorii, a jednak uciążliwego w stosowaniu, aż po działanie kosmetyku.





Słoiczek jest malutki, to tylko 4g produktu, zatem niewiele jak na objętość bazy pod cienie. Abstrahując już od ilości, której producent poskąpił, gorsze jest opakowanie - głębokie z wąskim otworem. Im mniej produktu w słoiczku tym wydobycie bazy staje się bardziej problematyczne, bowiem wchodzi pod paznokieć, osadza się na ściankach. Trzeba sobie pomagać drewnianym patyczkiem lub za pomocą innego przyrządu, dzięki któremu spokojnie uda nam się wydłubać odrobinę z opakowania ;d
Konsystencja to istny dramat. Na palcu wydaje się być lepka, natomiast podczas aplikacji staje tępa i sucha. Ciężko ją dokładnie rozsmarować (o wklepywaniu nie ma mowy), bo na powiece tworzą się smugi, placki i kluchy przez co w jednym miejscu jest jej więcej, a w innym mniej. Gdy próbuję to skorygować, baza "przesuwa" się wraz z kierunkiem rozcierania. Dzieje się tak, bo baza nie wtapia się w powiekę, zostawia na niej dziwną i lepką warstwę w trupim kolorze :p Co za tym idzie nie jest też wydajna, po kilkunastu aplikacjach zużyłam już 1/3 opakowania.
Nie chcą z nią współpracować cienie miękkie i o kremowej konsystencji, zarówno nakładane palcem, aplikatorem czy pędzelkiem. Każda próba nałożenia pigmentu kończyła się plackiem w miejscu zetknięcia z bazą. Próbowałam to rozcierać, ale poległam ;d Zaiste, jedyna metoda, by nałożyć cień to metoda robienia placków :p Udaje się to w miarę skorygować po nałożeniu odpowiedniej ilości cienia, gdy pokryjemy całą powiekę i warstwę okluzyjną bazy.
Natomiast o największą irytację przyprawiła mnie, gdy okazało się, że zmienia kolor cieni. Delikatny jasny pudrowy róż na powiece stawał się pomarańczowy :c Wynika to z faktu, że baza nie wtapia się i pozostawia lepką warstwę, więc zapewne daje to efekt podobny do nakładania cieni na mokro. Ma to jednak związek z miękkimi cieniami, te bardziej sypkie aplikują się bez zarzutu i bez zmiany pigmentu (np. cienie Lovely). I ten jeden mały plusik zadecydował o tym, że baza nie wyląduje w koszu.
Wytrzymałość oceniam na bardzo dobry, matowiła moje powieki na długie godziny. Cień wyglądał na nienaruszony przez około 8h i dłużej.


Wybrałam się na poszukiwania innej bazy, by moja nowa paletka matowych cieni z Makeup Revolution nie leżała na komodzie tylko zbierając kurz :p Tym razem pokusiłam się o przeczytanie recenzji, myśląc, że pomoże mi to w wyborze dobrej bazy, z której będę zadowolona. Okazało się, że opinie pod każdym produktem są mocno podzielone. Dlatego stwierdziłam, że muszę ryzykować i testować na sobie, więc zdecydowałam się na bazę, do której mam łatwy dostęp. Wybrałam Dell, Perfect Skin. Pierwsze użycie było jak najbardziej pozytywne :)

Miałyście?

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Przygoda z Atredermem 0,025%

Nie bez powodu post został zatytułowany słowem "przygoda". Kuracja była ciągiem zaskoczeń, z jednej strony pozytywnych z drugiej nader negatywnych. Zakończyła się wraz z kresem mojej cierpliwości i wytrzymałości. Przecież nie o to chodzi w pielęgnacji, by się mordować dla pozytywnych rezultatów.


Czym jest Atrederm?




Atrederm to lek zawierający pochodną retinolu do stosowania miejscowego w leczeniu trądziku. Potocznie zwany jest retinoidem. Substancję czynną preparatu stanowi tretynoina, pochodna retinolu. Jej działanie polega na wywoływaniu zmian w metabolizmie komórek nabłonka rogowaciejącego. Następuje szybsze namnażanie się komórek oraz keratynizacja i rogowacenie. Dzięki temu preparat działa silnie złuszczająco, hamuje rogowacenie naskórka i zapobiega powstawaniu zaskórników.


Dlaczego zdecydowałam się na kurację tym retiniodem?

Moja cera jest po "potrądzikowych" przejściach z czasów nastoletnich. W tamtym okresie mojego życia nie byłam świadoma odpowiedniej pielęgnacji i popełniałam wiele błędów. Ich wynikiem jest kilka małych blizn, których bardzo chciałabym się pozbyć. Nawracające zaskórniki także dawały mi w kość. Retinoid miał być przepustką do pozostawienia za sobą wszelkich niedoskonałości. Na zawsze.

Zanim zdecydowałam się udać do dermatologa po receptę, dokładnie zapoznałam się z wątkiem o Atredermie na Wizażu. Czytałam również opinie na blogach. Zdania były podzielone, choć większość użytkowników tego retinoidu zachwalała go za szybkie pozytywne efekty. 

Na forum dowiedziałam się wielu przydatnych informacji. O sposobie aplikacji, jej częstotliwości, efektach ubocznych. Atrederm był określany jako najmocniejszy z retinoidów ze względu na postać płynu. Miało się to objawiać poprzez przecieranie/wcieranie twarzy nasączonym wacikiem. Podobno potęgowało to jego działanie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenia przyznaję temu rację. Kolejną kwestią było łuszczenie się - przez niektórych traktowane jako skutek uboczny kuracji. Jeśli wystąpiło, to w wersji hard - skóra złaziła płatami. Niektóre osoby twierdziły, że zupełnie się nie "jaszczurzą" mimo codziennego stosowania.
Nazywano Atrederm "killerem": po pierwszej nocy z nim skóra była gładziutka i napięta, po kolejnej następował armagedon. 

Osobom, które nie miały dotąd styczności z kwasami radzono najpierw zaznajomić z nimi skórę, a dopiero w następnej kolejności sięgać po Atre. Przeczytałam też, że pierwsza aplikacja potrafi być takim szokiem dla skóry, że dla bezpieczeństwa lepiej trzymać płyn na twarzy tylko godzinę-dwie, zmyć go i nałożyć krem.

Wchłonęłam wszystkie powyższe informacje i czułam się w pełni przygotowana. Rzeczywistość mnie jednak zaskoczyła. A raczej zrobił to Atrederm.

Początek i dalszy przebieg kuracji

Wybrałam najniższe stężenie, czyli 0,025%. Rozdzieliłam wacik na pół, by nie "zjadł" płynu i przetarłam nim całą twarz. Nie odczułam żadnego pieczenia czy ściągnięcia, skóra wydawała się być wręcz ukojona nawilżeniem. Po 2 godzinach zmyłam płyn za pomocą łagodnego żelu i nałożyłam treściwy krem. Miało być bezpiecznie i metodą małych kroków. 

Następnego dnia wszystko wyglądało w porządku. Łuszczenia brak, podrażnienia brak. Nie ponawiałam aplikacji, mając w pamięci uprzedzenia o działaniu Atredermu z "opóźnionym zapłonem".

Na drugi dzień wyglądałam jak jaszczurka. Po dotknięciu ręką do twarzy, złuszczony naskórek niemal zostawał mi na palcach. Zrobiłam masaż czystym olejem, by zrolować i usunąć schodzącą skórę. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić ile jej zlazło! Byłam w szoku. Wydawało mi się, że to koniec łuszczenia jak na pierwszy raz. Po jakiś dwóch godzinach pod prysznicem zeszła mi kolejna warstwa. Dosłownie rolowała mi się pod palcami. PŁATAMI. Skóra była czerwona i piekła niemiłosiernie. Nawet kontakt z kremem palił żywym ogniem. Wyglądałam jak po poparzeniu. Tak też się czułam. W ciągu dnia reaplikowałam krem kilka razy. Wieczorem przed pójściem spać nastąpiło łuszczenie część 3. Kolejna gruba warstwa kremu i jakoś przespałam noc, chociaż piekło i szczypało. Rano powtórka z rozrywki - zeszła mi czwarta gruba warstwa, a wieczorem kolejna. 

W ciągu 2 dni skóra mojej twarzy złuszczyła się 5 razy. I to tak porządnie, jakby łuszczenie miało nie mieć końca.

Nie nakładałam Atredermu przez następny tydzień, żeby nie podrażniać odsłoniętego delikatnego naskórka. Na szczęście przy drugim podejściu wszystko przebiegło względnie normalnie - złuszczyłam się tylko 2 razy. Wyłączając brodę. Ona łuszczyła się bez końca.

Najgorsze przy kuracji tym retinoidem było silne zaczerwienienie. Nie dało się tego ukryć pod podkładem czy pudrem. Straszyłam ludzi twarzą czerwoną jak burak. Chciałam zminimalizować ten niekorzystny efekt i smarowałam się Atre rzadziej. Wtedy zauważyłam, że skóra tak jakby zaczyna się go domagać i robi się nieprzyjemnie ściągnięta. Najgorzej było w okolicach ust, gdzie robiła się zgrubiała i chropowata. 

Stosowałam Atre co 3 dni, po każdej aplikacji skóra schodziła dość konkretnie. Po miesiącu strasznie mnie wysypało i nie miałam cierpliwości do przeczekiwania tego stanu. Pozbyłam się nieprzyjaciół i od tamtej pory było już tylko lepiej. Bez zaskórników, ze spłycającymi się bliznami. Cieszyłoby mnie to bardziej, gdyby nie "burak", z jakim musiałam paradować co kilka dni. Także gdyby nie dyskomfort palącej skóry po złuszczeniu. Raz podrażniłam sobie brodę, nie chcę nawet wracać do tego myślami. Koszmar.

Podsumowując, do Atredermu nigdy nie zamierzam wracać. Nie jestem przeciwna retinoidom, uważam, że mogą być ratunkiem dla osób z problemami skóry. Sama po półrocznej przerwie przerzuciłam się na Locacid, co ciekawe o wyższym stężeniu, bo 0,5%, ale bardzo przyjemny w stosowaniu. Myślę, że poświęcę mu osobny wpis.


Stosowałyście retinoidy?


piątek, 5 grudnia 2014

Nie odżywka a magiczna mikstura. Dr.Bio Balsam do włosów farbowanych

Nie tak całkiem dawno przywędrowały do mnie dwa rosyjskie balsamy o kuszących składach. Dr.Bio był strzałem w ciemno, bo nie spotkałam się dotąd z wieloma recenzjami produktów do włosów tej marki. Przy zakupie zdałam się na skład, analizując potencjalne działanie poszczególnych składników. Spodobał mi się źeń-szeń, trawa cytrynowa kojarząca się z nadawaniem blasku, tajemniczy eukaliptus i oczywiście olej arganowy, jako emolient zawsze w cenie ;) 

O kosmetykach Dr.Bio nie jest głośno, co może wkrótce się zmieni, bo pędzę z recenzją magicznego balsamu, który tworzy na moich włosach cuda nad cudami.




Dr.Bio Balsam do włosów farbowanych (klik).
Producent zapewnia efekt 7 w 1:
  •  utrwala kolor
  • wygładza włosy na całej długości
  • wzmacnia włosy na  całej długości
  • regeneruje strukturę włosów
  • ułatwia układanie
  • zapobiega łamliwości
  • nadaje blask włosom osłabionym, matowym

Moje włosy są całkowicie naturalne, więc nie będę oceniać balsamu pod kątem utrwalania koloru. Raczej wątpię by kosmetyk miał na to wpływ. Osobiście nigdy nie kieruję się opisem na opakowaniu, tylko skrupulatnie badam skład, ustosunkowując go do moich preferencji. Takim sposobem zainwestowane w balsam pieniądze okazały się strzałem w 10. Dobre przeczucie mnie nie zmyliło :) Ale do rzeczy.


Skład:
Aqua, Argania Spinosa Kernel Oil* (olej arganowy), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olej eukaliptusowy), Cymbopogon Citratus Essential Oil (olej z trawy cytrynowej), Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetyl Ether, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt żeń-szenia), Ficus Carica (Fig) Fruit Extract (ekstrakt z figi), Tocopheryl Acetate, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.(*) składniki organiczne






Moja opinia:

Moje włosy nie są proste w obsłudze. Toczę z nimi ciągłą walkę o wygładzenie i zapobieganie puszenia (moi regularni czytelnicy zapewne kojarzą posty, w których wylewam gorzkie żale o niepokorności mojej czupryny ;). Zwykle muszę się nieźle nagimnastykować, by włosy wyglądały tak jak powinny, będąc tak zdrowe, jak są w rzeczywistości. Gdy pierwszy raz użyłam balsamu Dr.Bio przeżyłam niemałe zaskoczenie. Na początek organoleptyczne, gdyż w dotyku były jedwabiste i czułam na ramionach to utęsknione dociążenie. Kolejne były doznania wizualne. Och, tutaj nie mogłam się wprost oderwać od lustra! Blask, blask... ten blask! Kosmyki pięknie odbijały światło i błyszczały się dużo bardziej niż zwykle (czyżby faktycznie była to sprawka trawy cytrynowej? :D). Pokolenie nowych włosów, które lubi odstawać pięknie zlało się z resztą czupryny - całość była bardzo wygładzona i zdyscyplinowana. Żeby było jeszcze piękniej, skręt się podbił na tyle, że niektóre kosmyki zakręciły się w rulony.


Konsystencja jest rzadka i lejąca, nie należy do moich ulubionych. Kosmetyk szybko znika na włosach, ale wystarczy niewielka ilość, by zadziałał.

Balsam przetestowałam w pielęgnacji ubogiej (mycie szamponem bez dodatkowego odżywiania/olejowania) i bogatej (odżywianie/olejowanie przed myciem). W każdym przypadku spisuje się rewelacyjnie. Mogę nawet rzec, że solo dalej najlepsze rezultaty. Zdecydowanie ten produkt ląduje na listę moich cudeniek :)


Cena: ok 16 zł w sklepach z rosyjskimi kosmetykami.


Miałyście styczność z kosmetykami Dr.Bio?

poniedziałek, 15 września 2014

Lato się skończyło, ale może jednak coś o filtrach?

Bardzo polubiłam filtr Vichy Capital Soleil Emulsję matującą. Niestety w tegorocznym sezonie wiosna-lato nigdzie nie mogłam znaleźć wersji z faktorem SPF 50. Trzydziestka, jak na moje wymogi, to zdecydowanie zbyt niska ochrona. Rozważałam zakup filtru Uriage, który również mi służył, ale bez konkretnej promocji mój portfel aż nazbyt by ucierpiał. Tak się złożyło, że apteka Ziko oferowała 25% rabat na gamę produktów przeciwsłonecznych z La Rosche-Posay. 

Właśnie wśród nich znajdował się tajemniczy - bo o zmienionej, ponoć udoskonalonej formule - Anthelios XL. Ultralekki fluid do twarzy SPF 50+.


Co oferuje producent?
- ultralekką konsystencję
- bezzapachowy
- wodoodporny
- nie powoduje powstawania zaskórników
- bardzo wysoka ochrona: SPF 50+ (UVB), PPD 42 (UVA)
- stabilność do 6h 




Moja opinia:

Przyznaję, że filtr ten kupowałam z duszą na ramieniu. Mam sprawdzone dwa filtry apteczne, z których byłam bardzo zadowolona, a jak wiadomo, kombinowanie z nowościami nie zawsze wychodzi na dobre. Niemniej zostałam postawiona pod murem i potrzebowałam czegoś "na już". Dodatkowo Anthelios XL był w promocji. 

Oczekiwania miałam spore. Właściwie wszystkie można podpiąć pod wyżej wymienione obietnice producenta. Głównie liczyłam na szybką wchłanialność i zapewnienie solidnej ochrony przeciwsłonecznej. W czasie pierwszego testu bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Anthelios rzeczywiście posiada tę "ultralekką" konsystencję. Wręcz początkowo uznałam, że jest zbyt rzadka, co nie sprzyja precyzyjnemu wymierzeniu ilości, jaką chcemy nałożyć na twarz. Nie potrafię stwierdzić ile produktu lądowało na mojej skórze, ale zaaplikowana ilość (niezależnie od tego, jaka by była) szybciutko się wchłaniała i nie pozostawiała po sobie żadnego śladu. Bez problemu już chwilę później mogłam nakładać podkład. 

Pamiętacie te upały w lipcu i operujące ostre słońce? Ja doskonale. Przesiedziałam ponad 3h w mocnych promieniach, całkowicie na nie wystawiona, a później spacerowałam jeszcze 1,5h. Do bólu spaliłam sobie ramiona i czubek głowy, ale buzia pozostała nietknięta. Nadmienię, że filtrem posmarowałam twarz godzinę przed wyjściem z domu, więc łączny czas przebywania na słońcu wynosił niecałe 5h (a trzymania filtru na skórze niecałe 6h). 
Nie zaczerwienił mi się nawet czubek nosa :)

Chyba nie muszę nic więcej dodawać. Ultralekki fluid Anthelios XL naprawdę doskonale chroni skórę przed słońcem. Nie straszne jest udać się na solidną ekspozycję słoneczną z tym filtrem na buzi.

Jedyna wada, jak zresztą wielu filtrów aptecznych, to słaba stacjonarna dostępność. Po miesiącu od kupienia swojego opakowania w aptece Ziko, przestałam widywać ten filtr. Szukałam go w Superpharm i tam też brak. 

Mamy jesień, nadejdzie zima, powrócę chyba do Uriage. Jednak w kolejnym sezonie wiosna-lato królować będzie Anthelios!


Miałyście? Stosujecie filtry do twarzy?



wtorek, 8 kwietnia 2014

Vichy Capital Soleil Emulsja matująca SPF 50 najlepszym filtrem ever

Znalazłam filtr idealny. Wątpię, by jakikolwiek inny kosmetyk z tej rodziny mógł zrobić na mnie tak piorunujące wrażenie, jak Vichy Capital Soleil Emulsja matująca SPF 50. Stosowany w okresie jesień-zima filtr Uriage Hyseac SPF 50+ był dobry, ale niestety posiadał kilka mankamentów, za które nie ma szans dostać się w moim rankingu na pozycję top of the top.

Na twarz filtrów używam przez cały rok. Początkowo było to wymuszone stosowaniem retinoidów, a jak wiadomo, przy takiej kuracji bez wysokiej ochrony przeciwsłonecznej ani rusz. Obecnie robię to z przyzwyczajenia i komfortu psychicznego. Nasz klimat nie wymaga stosowania filtrów z faktorem 50 czy nawet 50+, ale jak już wspomniałam, byłam zmuszona po taki sięgnąć. I tutaj zaczęły się lekkie drgawki ze strachu przed nałożeniem na twarz grubej warstwy czegoś, co może nie chcieć się ładnie wchłonąć, co gorsza zapchać skórę, wałkować się pod podkładem i przy wysokich temperaturach po prostu spłynąć ;P.

Buszowałam po internetach aż natrafiłam na opinie o nowym filtrze wypuszczonym na rynek przez Vichy - wersji matującej o faktorze 50. Do tanich ten filtr nie należał, ale udało mi się go dorwać w aptece Ziko za jedyne 33 zł.

Recenzje miał bardzo dobre, więc ochoczo przystąpiłam do testowania. Nałożyłam na twarz sporą ilość filtra, a ten wchłonął się do matu (!) w mgnieniu oka. Na skórze nie wyczuwałam żadnego irytującego filmu, więc właściwie od razu mogłam przystąpić do nakładania podkładu na nos i policzki (stosuję go tylko w tych rejonach). Mojego Burżuja 10 Hours Sleep Effect rozsmarowałam bez żadnych problemów, gładko i szybko. Co najlepsze, podkład świetnie zgrał się z filtrem i nie potrzebowałam go niczym dodatkowym matowić. Cera pozbawiona była dodatkowego błysku i natłuszczenia, jakie otrzymywałam stosując inne filtry. Po pierwszym użyciu byłam oczarowana.
A jak filtr zachowywał się po kilku godzinach? Faktycznie matował na długi czas. Miałam nawet wrażenie, że lepiej utrzymywał podkład na skórze, który tak łatwo nie schodził z twarzy, co nagminnie miało miejsce przy stosowaniu Uriage Hyseac.
W Vichy są bardzo stabilne filtry, nie destabilizują się po nałożeniu podkładu. Stosowałam go przez okres wiosna-lato razem z retinoidami i nie dorobiłam się nawet jednego przebarwienia. Nie zapchał mojej skłonnej do tego skóry, dzięki czemu moje zauroczenie nim przerodziło się w płomienną miłość. Jest to dla mnie filtr doskonały pod każdym względem. Rozwiał moje wszelkie obawy związane z filtrami o wysokim SPF.

Niestety, jak to w życiu, było zbyt pięknie, więc musiało się... Jeszcze przed końcem lata filtr nagle zniknął ze wszystkich aptek. Chodziły słuchy, że firma przerwała produkcję i wznowi ją dopiero na sezon wiosna-lato, czyli właściwie za rok! Mamy kwiecień 2014 i filtra póki co jeszcze nigdzie nie uświadczyłam. Nie rozumiem dlaczego tak się stało. Apteczny filtr powinien być dostępny w sprzedaży przez cały rok. Albo chociaż jego wersja o niższym faktorze, bo takowa też była. Gdybym wiedziała, że tak się stanie, zrobiłabym zapasy.
Teraz żyję nadzieją, że Vichy Capital Soleil Emulsja matująca powróci do aptek.


Używacie filtrów? Znalazłyście swój ideał? A może był nim Vichy?

czwartek, 27 lutego 2014

1,5 miesiąca z mydłami Aleppo



Na początku stycznia głos rozsądku, mówiący "zamów w końcu te syryjskie mydła!" przezwyciężył osobistą niechęć do mydeł samych w sobie. Nabyłam z rozpędu aż dwa - jedno z dodatkiem czarnuszki i tradycyjne o stężeniu 24% oleju laurowego, czyli silniejsze.

Stosowanie mydeł wdrożyłam od razu. Wersję z czarnuszką (12% oleju laurowego) stosuję rano, a Aleppo 24% wieczorem. Taki system prowadzę codziennie od 1,5 miesiąca. 




Zużycie po 1,5 miesiąca codziennego stosowania. Jak widać minimalne ;)


Moja opinia

Nie mam trądziku, ale zmagam się z powracającymi niedoskonałościami. Teraz mogę to już napisać w czasie przeszłym. Odkąd wprowadziłam do pielęgnacji powyższe mydła Aleppo nie mam z tym problemu. Wiarygodność działania mydeł potwierdza fakt, że w tym czasie nie stosowałam dodatkowo żadnych specyfików z kwasami i składnikami antybakteryjnymi. Jedynie raz w tygodniu robiłam maseczkę z błota z Morza Martwego.
Odstawiłam delikatne produkty, którymi wcześniej myłam buzię i naprzemiennie stosuję tylko Aleppo. Rano słabsze, wieczorem silniejsze. Dokładnie spieniam mydła w dłoniach i masuję buzię przez jakieś 30 sekund. Piany jest sporo, a mycie nią to sama przyjemność (pomijając kwestię zapachu, którego znieść wręcz nie mogę...). Po spłukaniu skóra rzeczywiście aż skrzypi.

Co zauważyłam po 1,5 miesiąca regularnego stosowania:
- zwężenie porów
- doskonałe utrzymywanie nawilżenia
- dogłębne oczyszczenie
- zlikwidowanie posiadanych już niedoskonałości o 90% (pozostałe niedobitki zbladły i są mniej widoczne)
- wygładzenie cery i ujednolicenie kolorytu
- brak powstawania nowych niedoskonałości!!!



Reasumując: jestem zachwycona!
Do tej pory żaden kosmetyk nie dokonał cudu, jakim jest utrzymanie mojej cery w ryzach. Te mydła to uczyniły. Dodatkowo ich zakup jest jednym z najbardziej ekonomicznych - 100g kostka Aleppo 24% (drugą połowę używa moja siostra) starczy mi chyba na 2 lata, a cena tej połówki to tylko 10,50 zł.


Używacie Aleppo? Jak wrażenia?

piątek, 21 lutego 2014

Odżywka DeBa BioVital z olejem arganowym, migdałowym i masłem shea


Pojemność: 400 ml
Cena: 5,99 zł
Dostępność: Biedronka


Napaliłam się na tę odżywkę jak szczerbaty na suchary. Tylko 6 złotych monet za 400 ml specyfiku z takim składem?! Pognałam do Biedronki niczym gazela, wpadłam jak tajfun, a tam puste kartony. Inni byli szybsi. W zdobycie DeBy musiałam zaangażować moją drogą przyjaciółkę, która buszowała po Biedronkach aż w innym mieście.



Skład:
Jest ładnie emolientowy i pozbawiony substancji powłokotwórczych. Sporo masła shea i oleju migdałowego. Tytułowy olej arganowy niestety jest po zapachu, co znaczy, że jest go niewiele.
Obecność masła shea może nie sprzyjać wysoko i średnioporowatym włosom.




Moja opinia:
Pierwsze spotkanie z odżywką DeBa (użytą w standardowy sposób, czyli na kilka minut po szamponie) zaowocowało poważnym "good hair day". Już kolejne natomiast były pasmem niezrozumiałych dla mnie "bad hair day". Za każdym razem włosy były szorstkie w dotyku i spuszone. Zachodziłam w głowę, co mogło być tego przyczyną, aż odkryłam, że kolejne próby z DeBą przypadły na okres Sahary, jaką uczynił moim włosom szampon Joanna Rzepa. Moja czupryna w owym czasie naprawdę była ekstremalnie przesuszona. Mocno olejowy skład DeBy z tym problemem sobie nie poradził.
Aby nie ryzykować paradowania z "lwią grzywą", odżywkę nakładałam przed myciem lub w połączeniu z innymi kosmetykami. W takiej postaci nie robiła mi krzywdy. Gdy doprowadziłam włosy do stanu normalności, DeBa znowu zaczęła się świetnie spisywać. Zostawiała włos gładkim, śliskim i pogodoobpornym. 

Opakowanie z zakrętką na "pstryk" jest bardzo wygodne, ale za to upiorna jest folia, którą powleczona jest butelka. Wyślizguje się z rąk ilekroć znowu po nią sięgam, a zawsze nakładam odżywkę partiami. Niejeden raz moja stopa odczuła, co to znaczy ciężar całkiem sporej butli.


Miałyście? Jak oceniacie tę odżywkę?


wtorek, 18 lutego 2014

Iwostin Remover, żel redukujący zmiany potrądzikowe

Moja skóra zaliczyła już niejeden kwas. Kwasić się lubię i bez kwasów nie widzę już swojej przyszłości. Dlatego chętnie sięgnęłam po ówczesną nowość (przynajmniej tak mi się wydaje, że wtedy krem został wprowadzony do sprzedaży od niedawna) Iwostinu. Purritin Remover z zawartością 5% kwasu laktobionowego ma pomóc w usuwaniu niedoskonałości.Jak się u mnie spisał?


Co obiecuje producent? Zmniejszenie zmian potrądzikowych, rozjaśnienie przebarwień, zmniejszenie nasilenia i skłonności do powstawania zmian potrądzikowych, wyrównanie powierzchni skóry, stymulację regeneracji naskórka. Hmmm... Bardzo chciałam, ale niczego takiego nie zauważyłam.


Moja opinia:
Iwostin Remover stosowałam naprawdę systematycznie i długo. Ba, krem nie chce się skończyć po dziś dzień (kupiłam go rok temu)! Opakowanie jest już lekkie jak powietrze, a za każdym razem wyciskam z niego porcję, którą z powodzeniem mogłabym wykorzystać na dwa razy. Niewątpliwie ma jedną zaletę: wydajny do bólu.

Kwas laktobionowy w stężeniu 5% nie zdziałał na mojej twarzy kompletnie nic. Nie likwidował niedoskonałości, co gorsza nie przeciwdziałał powstawaniu nowych. Nic a nic. Po miesiącu nie widziałam żadnych pozytywnych efektów. Remover zaskórników nie ruszył, nie zbladły nawet o ton, rozszerzone pory nawet odrobinę się nie zwęziły. To mnie zniechęcało do jego stosowania. Być może kwas ten jest dla mojej skóry za słaby, ale dziwi mnie, że zawartość 5% kwasu przeszła zupełnie bez echa.

Na plus zaliczam brak substancji sprzyjających tzw. zapychaniu porów skóry i dobre utrzymywanie nawilżenia. Żel nie wysusza, nie ma po nim widocznego złuszczania. Stosowanie samo w sobie jest całkiem przyjemne, żelowa konsystencja łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Tylko szkoda, że się u mnie nie sprawdził.

niedziela, 9 lutego 2014

Kallos Silk - maska z silikonami, która robi dobrze moim włosom


 Pojemność: 1l
Cena: 9,90 zł
Dostępność: Hebe, internet


Nowe Kallosy zawierają silikony (oprócz wersji Color) i właśnie to mnie do nich przyciągnęło. Moje długie już włosy potrzebują dobrego zabezpieczenia, jeśli chcę, żeby były jeszcze dłuższe. Z podcinania końcówek zrezygnowałam, dlatego muszę o nie pieczołowicie zadbać, aby nie musieć przez najbliższe miesiące sięgać po nożyczki. I nawet nie o same końcówki chodzi, bo całe włosy na długości narażone są na uszkodzenia (ile to razy obcy ludzie w komunikacji miejskiej zaczepiali o nie zegarkami, paznokciami, suwakami od kurtek; teraz jestem nauczona zbierać wszystkie włosy do przodu, czasem nawet dla bezpieczeństwa zawijam je w rulon).

Od silikonów w maskach i odżywkach nie stronię, a w Kallosie Silk podoba mi się to, że połączone zostały z oliwą z oliwek. Olej to dodatkowe zabezpieczenie i dobroć na włosa.
Maska ma ładny i nienachalny zapach oraz szalenie gęstą konsystencję, co sprawia, że może być świetną bazą dla różnych rzadkich dodatków (np. dla miodu, soku, hydrolatu, wywaru z ziół ect.)


Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol (emulgator/emolient), Cetrimonium Chloride (antystatyk), Olea Europaea Oil (oliwa z oliwek), Citric Acid (regulator pH), Cyclopentasiloxane (silikon lotny), Dimethiconol (silikon), Propylene Glycol (nawilżacz), Parfum (zapach), Sericin (jedwab), Benzyl Alkohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.


Przechodząc do działania:
Maskę stosuję w formie odżywki, czyli nakładam ją na kilka minut i spłukuję. Absolutnie tyle wystarcza, żeby włosy uzyskały sypkość i jedwabistość. Kallos Silk nie dociąża, co dla niektórych może być sporym zawodem, ale mnie rekompensuje zwiększeniem objętości i wzmocnieniem skrętu. Krótsze kosmyki, które jeszcze nie zdążyły zrównać się z resztą włosów dzięki tej masce zawijają się w spirale.



Nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała Kallosa Silk w formie odżywiania po myciu. Do tej pory wśród odżywek bez spłukiwania prym wiódł Frustic Fruity Passion (KLIK), ale Kallos go doszczętnie zdetronizował. Dużo lepiej dociąża i wygładza włosy, zachowując przy tym objętość i sypkość. Naprawdę obawiałam się przylizu i strąkujących się kosmyków, ale zupełnie niepotrzebnie. Włosom się podoba, a ja osiągam spokój ducha, wiedząc, że włos jest porządnie zabezpieczony :).


Lubicie Kallosy? Co sądzicie o tych maskach?

niedziela, 19 stycznia 2014

Cynk przyspieszył mi porost włosów i ograniczył wypadanie

O okresie letnim postawiłam na suplementację cynkiem z wit. A. Wybrałam preparat Cynk plus A z zawartością 15 mg cynku - to znacznie więcej niż w innych suplementach, które dotychczas łykałam. Przez 3 miesiące kuracji nie stosowałam wewnętrznie niczego dodatkowego. 


Przyspieszenie porostu
To było pierwsze, co zauważyłam już po miesiącu. Włosy urosły ponad 3 cm i podobny przyrost osiągałam przez kolejne dwa miesiące, dzięki czemu mogłam sobie pozwolić na częste i spore podcinanie końcówek.

Przeciwdziałanie wypadaniu włosów
Zwykle linienie dopada mnie pod koniec lipca. Niezmiennie od lat. Gdy nadeszła już ta pora włosy wcale nie wypadały (sierpień był drugim miesiącem łykania cynku). We wrześniu zaczynały pojawiać się pierwsze oznaki, ale jeszcze przez długi czas nie doświadczałam masowej migracji włosów. Pod prysznicem traciłam ich może kilkanaście, gdy zwykle doliczałam się ich kilkudziesięciu. Dziennie wypadało mi o połowę mniej włosów niż rok temu.
Byłam tym szczerze zdumiona. Wiedziałam, że jest to zasługa cynku. Dzięki temu objętość włosów aż tak bardzo nie ucierpiała i nie wyglądały na przerzedzone. Jeszcze żadna suplementacja tak bardzo mi nie pomogła.


Kurację zakończyłam po 3 miesiącach, bo nie chciałam przedobrzyć z witaminą A. Organizm z reguły nie ma problemu z jej niedoborem, a nadmiar prowadzi do nieciekawych konsekwencji. Z tą witaminą trzeba uważać.
Teraz mam zamiar znowu sięgnąć po cynk, jednak już czysty, bez żadnych dodatków, ale również w dawce 15 mg.

Macie doświadczenie z cynkiem?

wtorek, 14 stycznia 2014

Moje pierwsze mydła Aleppo + ciekawe pierwsze wrażenia

Zacznę od tego, że na zawsze zapamiętam swoje pierwsze mydło Aleppo... Starałam się przekroić tę twardą kostkę rozgrzanym nożem (przeczytałam, że pozwala to uniknąć pokruszenia mydła), ale nic sobie nie robiła z moich wysiłków. Miałam z tym taki problem, że zapomniałam o wcześniejszym podgrzaniu noża i przycisnęłam do niego kciuk. Teraz zastanawiam się, czy na "pamiątkę" zostanie blizna.




Z wyborem mydła miałam nie lada zagwozdkę. Ile procent byłoby odpowiednie dla mojej cery? Aleppo 40%, które ponoć ma lepsze właściwości lecznicze i regeneracyjne czy 20%, wydające się bardziej bezpieczne, ale jednocześnie pozwalające zauważyć jakieś efekty (moja skóra od lat traktowana jest kwasami)?

Przeczytałam opinie i stwierdziłam, że zawartość aż 40% oleju laurowego to zaczynanie z grubej rury. Wszak panzerface'a nie posiadam. No i nawiedziła mnie wizja przesuszonej skóry, a potem wzmożonego przetłuszczania. Wolałam nie ryzykować.

Zdecydowałam się na Aleppo 24% oleju laurowego i dodatkowo wersję z czarnuszką (po przeczytaniu recenzji na blogu Kascysko. Pozdrawiam!). To drugie zawiera 12% oleju laurowego. 



Wrażenia po Aleppo 24%? Pierwsze użycie było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Po umyciu buzi mogłam wręcz obejrzeć wnętrze swoich porów. Wyglądało na to, że mydło je otwiera i idealnie oczyszcza. Skóra po takim myciu lepiej przyjęła krem i po nocy była gładsza i lepiej nawilżona. Niestety dorobiłam się buraka, bo w dniu pierwszego testu, po solidnym wcześniejszym kwaszeniu, skóra akurat zrzuciła starą warstwę, odsłaniając delikatny nowy naskórek. Piekły mnie policzki i zaczerwienienie nie chciało z nich zejść przez 2 dni. Aby się z tym uporać odstawiłam Aleppo i wróciłam do niego, gdy skóra odzyskała równowagę.
Efekty po drugim myciu okazały się niemniej zaskakujące. Już następnego dnia rano skóra zaczęła się złuszczać. 
Dzisiaj jest moje trzecie podejście, dodatkowo z tonikiem kwasowym zastosowanym po myciu. Aż się boję co to będzie :P


Używacie mydeł Aleppo? Widzicie po nich efekty?

niedziela, 8 grudnia 2013

Eveline Bio Hyaluron 4D Pro Young Krem intensywnie nawilżający - to jest to!

Zupełnie przez przypadek... no, może nie całkiem, bo nie mogę zapominać o długim ślęczeniu w drogerii nad analizowaniem składu niemal każdego kremu do twarzy... trafiłam na naprawdę zacny specyfik. Produkt marki Eveline przyciągnął mnie do siebie bardzo ładnym składem, dodatkowo pozbawionym potencjalnych substancji zapychających mą cerę. Spojrzałam na niego tylko dlatego, że Rossmann w zeszłym roku nęcił sporą obniżką na wszystkie produkty do pielęgnacji twarzy.


Producent zmienił skład oraz konsystencję kremu. Wcześniej na jednej z pierwszych pozycji znajdowały się triglicerydy (mogące przyczynić się do zapchania porów), także m.in. olej sojowy i kilkanaście pozycji dalej olej arganowy, którego w nowej wersji nie ma, chociaż na pudełku widnieje o nim informacja. Konsystencja jest dużo lżejsza, wcześniej był to gęsty biały krem. Teraz to niemal żelowy mus.

Opis produktu:
Producent zapewnia potrójny efekt - zmatowienia, nawilżenia i rozświetlenia. Dedykowany jest skórom w każdym przedziale wiekowym od 20 do 60 lat. Posiada faktor SPF 8. W szklanym słoiczku mieści się standardowe 50 ml kremu o lekkiej, nieco żelowej konsystencji. Cena ok. 17 zł.

Działanie:
Pokochałam ten krem. Od samego początku byłam do niego optymistycznie nastawiona. Spora ilość gliceryny, mocznika, kwasu hialuronowego, masła shea i oleju migdałowego pozwoliły mi wierzyć w to "intensywne nawilżanie" wyłuszczone wielkimi literami na opakowaniu. 

Spodobała mi się szybkość wchłaniania kremu przez skórę. I to praktycznie do matu, który utrzymuje się kilka godzin (tutaj możemy mówić o zapewnianym efekcie matującym). Na skórze czuć delikatną powłoczkę (warstwa okluzyjna gliceryny, masła i oleju), ale nie jest to efekt lepkiej skóry, tylko satynowej. Bardzo dobrze współgra z filtrem i podkładem, jednak w moim przypadku niezbędne jest zastosowanie na koniec skrobi. Nie spowodował zapychania.

Nie sądziłam, że krem ten będzie tak dobrze nawilżał. Idealnie sprawdza się przy kwasach i retinoidach. Po "zrzuceniu skóry" wystarczała mi jedna aplikacja, by cera doszła do siebie i nie dokuczała uczuciem ściągnięcia. Po nocy była napięta, gładka i cały czas dobrze nawilżona.



sobota, 16 listopada 2013

Szampon idealny - Farmona Herbal Care z łopianem

W końcu, po latach poszukiwań, testowania wielu różnorakich szamponów znalazłam swój ideał, który pokochały moje włosy, a co najważniejsze, także skóra głowy. Mogłabym w tym momencie odetchnąć z ulgą, gdyby nie fakt, że nie mogę tego szamponu nigdzie stacjonarnie kupić! Jak nie urok to... no pech...


Skład:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Lauryl Sarcosinate, Propylene Glycol, Arctium Majus roqt Extract, Sodium Chloride, Inulin, Cetrimonium Chloride, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolysed Wheat Protein, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolysed Wheat Starch, Zinc PCA, Parfum, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, 2-Bromo-2Nitropropane-1,3-diol, Citric Acid, Disodium EDTA


Szampon ten należy do rodziny oczyszczających. Bazuje na detergencie SLES, nie posiada substancji powłokotwórczych, jest ziołowy. Czyli posiada wszystkie komponenty, które przy regularnym stosowaniu mogłyby podsuszyć mi włosy. Brałam to pod uwagę, ale dotychczas nie miałam styczności z żadnym szamponem z linii Herbal Care, więc ochoczo przystąpiłam do testów. Kto wie, może ten okazał by się strzałem w dziesiątkę?
I okazał się.


Opis producenta:
Szampon zawiera wyjątkowo łagodne substancje myjące na bazie kokosu, które doskonale oczyszczają i pielęgnują skórę głowy oraz włosy. Wyciąg z łopianu skutecznie usuwa łupież i zapobiega jego nawrotom oraz wyraźnie wzmacnia włosy. Dodatkowo naturalny prebiotyk chroni skórę głowy przed rozwojem patogennej flory bakteryjnej, bioaktywny cynk PCA stabilizuje pracę gruczołów łojowych i zapobiega przetłuszczaniu się włosów, a opatentowana kompozycja mikronizowanych białek pszenicznych przywraca włosom piękny, zdrowy wygląd


Działanie:
Mimo, że oczyszczający, sprawia wrażenie delikatnego. Moja skóra głowy pokochała go od pierwszego użycia, a to jest dla mnie najważniejsze. Jeśli szampon mnie podrażnia, zostaje automatycznie skreślony i nie ma mowy, bym kiedykolwiek ponownie na niego spojrzała. Bardzo polubiły go też włosy. Nie wysuszały się, nie plątały podczas mycia. Łopianowy Herbal Care ma bardzo przyjemny zapach, który kojarzy mi się z jabłkiem. Doskonale się pieni, mimo niezbyt gęstej konsystencji. Zawsze przy myciu z jego udziałem włosów wypadało mniej, co mile mnie zaskoczyło. 


Mam ochotę wypróbować inne warianty. Najbardziej kusi mnie wersja z żeń-szeniem i miłorzębem japońskim. Może one spiszą się równie dobrze, jak ich łopianowy brat.

czwartek, 31 października 2013

Recenzja rosyjskiego szamponu Babuszki Agafii na łopianowym propolisie

Długo czaiłam się na ten szampon. Zachęcił mnie fajnym składem, w którym króluje bardzo lubiany przeze mnie olej łopianowy. Szampon zaskoczył mnie już po 3 myciach. Niestety nie napiszę, że pozytywnie. Poddałam go wielu testom, w konfiguracjach z różnymi olejami i odżywkami. I dalej mam mocno mieszane uczucia...


"Czarna butla" ma aż 600ml. Uwielbiam takie pojemności. Za szampon zapłacimy od 18 zł w górę.
Pachnie specyficznie, trochę dusząco. Na skórze głowy pieni się całkiem dobrze i bez problemu zmywa olej z długości kilkoma przeciągnięciami, chociaż zawsze wydawało mi się, że na końcówkach tej piany prawie nie ma.



Skład:
Aqua with infusions of Pinus Palustris Wood Tar, Beeswax, Pollen Extract, Lappa Seed Oil, Saponaria Officinalis Root Extract, Mel, Althaea Officinalis Root Extract, Salvia Officinalis Oil, Carum Carvi Oil, Salix Alba, Bud Tar, Magnesium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Cocamide DEA, Glycol Distearate, Lauryl Glucoside, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Panthenol, Niacinamide, Citric Acid (1.04.2012.)

Składniki aktywne i ich działanie (źródło KWC):
- Żywica sosny długoigielnej (Pinus Palustris Wood Tar) - silny antyoksydant, działa przeciwzapalnie, odżywia.
- Wosk pszczeli (Beeswax) nabłyszcza, chroni i odżywia.
- Pyłek kwiatowy (Pollen Extract) zawiera praktycznie wszystkie życiowo ważne składniki, witaminy, minerały, aminokwasy, zawiera niezbędne dla zdrowia włosów i skóry składniki.
- Łopian (Lappa Seed Oil) - przeciwdziała wypadaniu włosów, łupieżowi, ma działanie antyseptyczne, oczyszczające, ograniczające łojotok, kojące. Działa tonizująco na skórę głowy.
- Mydlnica lekarska (Saponaria Officinalis roqt Extract) - zawiera pieniące się i łatwo rozpuszczalne w wodzie saponiny o działaniu przeciwzapalnym, przeciwbakteryjnym, i przeciwgrzybicznym. Okłady i przemywania z naparów z korzenia mydlnicy lekarskiej są pomocne przy łojotokowym zapaleniu skóry głowy, łupieżu i wypadaniu włosów.
- Miód wielokwiatowy (Mel) - odżywia, wzmacnia, wygładza, przywraca połysk.
- Organiczny ekstrakt prawoślazu (Althaea Officinalis roqt Extract) - bogaty w substancje o charakterze nawilżającym działa osłaniająco, zmiękczająco i pozwala utrzymać prawidłowe nawilżenie.
- Olej z szałwi (Salvia Officinalis Oil) oczyszcza i tonizuje.
- Olej z kminku (Carum Carvi Oil) - dzięki dużej zawartości witamin (A, B1, B2, C, PP) i minerałów intensywnie odżywia zniszczone włosy i zapobiega ich wypadaniu.
- Wierzba biała (Salix Alba) - reguluje wydzielanie sebum, oczyszcza, działa antybakteryjnie.
- Smółka z pączków wierzbowych (Bud Tar) - poprawia ukrwienie skóry głowy co skutkuje dotlenieniem i odżywieniem cebulek włosowych.



Tyle wzmacniających i odżywczych dobroci, świetna pojemność i takie rozczarowanie... eh.
 


Działanie:
Pierwsze mycie i prawie efekt wow. Drugie mycie - rezultat podobny, ale już tak fajnie nie było. Przy trzecim myciu, używając dokładnie tych samych produktów, co poprzednio, skończyłam z sianem na głowie.
Być może to zioła podsuszyły moje włosy w tak ekspresowym tempie. Nie pomógł nawet olej nałożony na całą noc i silikonowa odżywka. 
Moje rozczarowanie nie znało granic. Z rosyjskim szamponem wiązałam spore nadzieje, chciałam przy jego pomocy wzmocnić cebulki włosów. I tutaj szampon sprawdza się naprawdę dobrze. Włosów wypada mniej, trzymają się głowy, chociaż szybciej klapcieją. Jednak kosmetyk, który ma działać na wypadanie powinien być stosowany regularnie, a w przypadku moich włosów mogłam po niego sięgać tylko co kilka dni.

środa, 30 października 2013

Krem ulubiony. Recenzja kremu Apis z żurawiną

Apis - polska firma produkująca naprawdę świetne kosmetyki do twarzy, ciała i włosów. Aż dziw bierze, że nie jest o niej głośno. A powinno! Świetne składy, bardzo miłe dla portfela ceny i duże pojemności to coś, co oferuje nam koncern pod postacią swoich produktów.

Dzisiaj będę recenzować ich ujędrniający krem do twarzy z żurawiną i olejem arganowym.

Od kremu do twarzy wymagam bardzo dużo. Ma nie zapychać porów, ładnie się wchłaniać bez pozostawiania tłustej warstewki na skórze, dobrze nawilżać i zapobiegać utracie wody. Bezwzględnie musi też koić podrażnioną skórę. Dobrze by było, gdyby także współgrał z wysokimi filtrami nie powodując, by ich wchłanianie trwało całe wieki. Krem żurawinowy Apis sprawdził się celująco pod każdym z wyżej wymienionych warunków. 
Lubię jego konsystencję i to, że łatwo się rozprowadza na skórze bez efektu "mazania", jaki miałam z poprzednim kremem (na szczęście już dziada wykończyłam).

Opakowanie i cena:
Dużym plusem jest ponad podwójna objętość kremu, bo to aż 110 ml. Standardowe słoiczki zawierają tylko 50 ml. To gwarantuje nam, że krem nie zniknie w oka mgnieniu i będzie nam służył nawet kilka miesięcy. W aptekach cena regularna to ok. 12 zł, na promocji taniej.

Skład:
aqua, grape seed oil, sunflower oil, argania spinosa oil/argania spinosa kernel oil, glycerin, carbomer, cranberry extract, aloe extract, cetearyl alcohol & ceteareth 20, collagen, elastin, zinc oxide, titanium dioxide, triethanoloamine, ascorbyl palmitate, ascorbic acid, citric acid, tocopherol, methylchloroisothiazolinone, methylisothiazolinone, benzyl alcohol, parfum, annatto.

Krem na bogato! Po wodzie mamy olej z pestek winogron, słonecznikowy, arganowy, glicerynę, karbomer wiążący wodę, ekstrakt z żurawiny, aloesu, nawilżacze, kolagen elastynę, tlenek cynku, witamina E.
Oleje zabezpieczą przed ucieczką wody i pozwolą składnikom nawilżającym robić to, co do nich należy. O ujędrnienie zadbają kollagen, elastyna i olej arganowy, który jest już na czwartym miejscu w składzie. Jedynie mogłabym się przyczepić do niefajnych konserwantów. Ale ich ilość jest niewielka i reszta składu rekompensuje mi ich obecność z kremie.

Działanie:
Jak już wspomniałam, krem nie spowodował zapchania porów mimo bardzo bogatego składu. Oceniam go jako lekki, choć z dużym potencjałem nawilżającym i regenerującym. Gdy miałam naprawdę podrażnioną skórę, ściągniętą, czerwoną i wręcz płonącą, łagodził ten stan w ciągu jednej nocy. 
Duża pojemność pozwalała mi bez żalu stosować krem też na szyję, dekolt i łokcie.


Dostępnych jest kilka innych rodzajów, m.in. z miodem i kozim mlekiem, z mleczkiem pszczelim i witaminami czy arbuzowy. Mam chrapkę na przetestowanie wszystkich. Macie jakiś swój nr jeden?

sobota, 19 października 2013

Iwostin Purritin Krem na noc redukujący niedoskonałości

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moimi wrażeniami na temat kremu Iwostinu z kwasami. Jest to dla mnie swego rodzaju podróż w przeszłość, bo krem ten odkryłam jakieś 5 lat temu. I to zupełnie przypadkowo. 


W tamtym czasie nie miałam pojęcia o czymś takim, jak kwasy.  Nie wiedziałam jakie jest ich działanie, jakie korzyści niesie ich stosowanie. Bardziej interesował mnie produkt jako całość i wierzyłam każdemu słowu wypisanemu przez producenta na opakowaniu. Byłam wierna Vichy i ich serii Normaderm, chociaż ceny porażały. Ba, gdy koncern wprowadził nowy krem na noc, którego cena potrafiła przekroczyć w aptece 80 zł, skrupulatnie ciułałam grosz do grosza i wyczekiwałam promocji, by go mieć. Vichy Normaderm Night w porównaniu do swojej tradycyjnej wersji sprawdzał się dużo lepiej, bo w składzie nie miał alkoholu denat. i nie był naszpikowany parafiną. Oczywiście wtedy nie miałam o tym zielonego pojęcia. Liczyła się marka.
  
Krem się skończył akurat w momencie, gdy mamony brakło i nie zanosiło się na jakiekolwiek obniżki. Byłam zmuszona znaleźć zamiennik. 
Krem dla skóry z niedoskonałościami Iwostinu przyciągnął moją uwagę, bo również był przeznaczony na noc (ha ha!). Liczyłam, że ich działanie będzie podobne, a ponad dwukrotnie niższa cena tylko zachęcała do zakupu. Także pojemność jest większa niż standardowo, bo to aż 75 ml.



Działanie:
A jakie było moje zdziwienie, gdy już po dwóch tygodniach conocnego smarowania skóra zaczęła widocznie się wygładzać. Borykałam się z chropowatymi niedoskonałościami na policzkach, których sławetny Vichy nawet nie ruszył (tak a propos...), a Iwostin zlikwidował już po 3 tygodniach! Nie wierzyłam własnym oczom. 

Kwasy zawarte w kremie znajdują się w połowie składu, więc ich ilość nie jest duża, ale mimo to działają, naprawdę działają. Złuszczanie naskórka odbywa się w sposób "niewidoczny" - mam tu na myśli brak linienia i widocznych odstających skórek. Tym bardziej krem ten daje nam komfort stosowania. Radzi sobie z niedoskonałościami, wygładza skórę i sprawdzi się nawet na bezproblemowych cerach, jako zamiennik mechanicznego złuszczania peelingami. 


Skład: 
Aqua, Iwonicz Aqua, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Isopropyl Palmitate, Glycerin, Ethaxydiglycol, Vitis Vinifera Oil, Glycerin Stearate, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Squalane, Polysorbate 60, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Cetearyl Alcohol, Lactic Acid, Glycolic Acid, Citric Acid, Malic Acid, Salicylic Acid, Triethanolamine, Allantoin, Zinc PCA, Triclosan, Melaleuca Alternifolia Oil, Parfum, Disodium Edta, PEG-8, Tocopherol, Ascorbic Acid, Ascorbyl Palmitate.

Mamy tu kwas mlekowy, glikolowy, cytrynowy, jabłkowy i salicylowy. Jest też olej z pestek winogron, cynk i antybakteryjny olejek z drzewa herbacianego. Iwostin zmienił formułę kremu. W nowej kwasy są niestety o dwie pozycje niżej. Za to nie ma parabenów (konserwanty).
Krem jest wolny od typowych substancji powłokotwórczych, które działają niekorzystnie na problematyczne cery. Nie ma w nim ani silikonów ani parafiny, które znajdują się w kremach Vichy Normaderm. Teraz rozumiem, dlaczego Vichy nie dawało u mnie zadowalającego efektu. To, co kwasy miały złuszczać, było na powrót zapychane przez filmformery.


Nowej wersji nie miałam okazji przetestować, dlatego jeśli dorwę krem na jakiejś promocji, na pewno kupię. Chciałabym go porównać do wersji Remover z 5% kwasem laktobionowym, z którym jednak dawny Purritin na noc wygrywa.

Miałyście?

niedziela, 8 września 2013

Eclipta - indyjskie zioło do włosów (porost + pielęgnacja)

Wrzesień będzie u mnie zdecydowanie miesiącem należącym do Eclipty!
Wstyd się przyznać, ale zupełnie o niej zapomniałam i długo marnowała się nieużywana, a przecież jej indyjska nazwa brzmi "Władca włosów"! 

Eclipta wzmacnia cebulki i zapobiega ich wypadaniu oraz stymuluje i przyspiesza porost włosów. Sprawia, że stają się grubsze, wizualnie gęściejsze i jedwabiście gładkie. Dzięki właściwościom przeciwzapalnym, antybakteryjnym i przeciwgrzybiczym wzmacnia skórę głowy. Łagodzi i goi stany zapalne objawiające się podrażnieniem, swędzeniem i łuszczeniem oraz wspomaga walkę z łupieżem. Może lekko przyciemnić włosy przez zawartość naturalnych barwników: lawsonu i eumelaniny. Natomiast w przypadku włosów siwych może się przyczynić do ponownego wybarwienia włókna siwego włosa. (źródło)

Tak, tak, tak! Wypróbowałam na sobie i zgadzam się z każdym słowem opisującym właściwości tego cudownego zioła.




Ecliptę można nabyć w internetowych sklepach z półproduktami.



ZWIĘKSZENIE OBJĘTOŚCI

1/4 łyżeczki Eclipty mieszałam z łyżką wybranego oleju i nakładałam na całą długość włosów (takie proporcje stosowałam kiedyś). Trzymam w zależności od tego ile mam czasu, zwykle jest to cała noc. Po tym zabiegu włosy zauważalnie zwiększają objętość i nie tracą jej przez cały dzień niezależnie od pogody. Są sypkie, a o zbijaniu się w tzw. kolonie nie ma mowy. Kiedyś bałam się podsuszenia włosów ziołami, ale ani razu się tak nie stało.

Obecnie, by zaolejować całe włosy wystarcza mi mała łyżeczka oleju, ale myślę, że ta 1/4 łyżeczki Eclipty jaką do tej pory używałam także będzie w sam raz. Proporcje są oczywiście dowolne. Mnie łatwiej nakłada się rzadszą mieszankę (olejową).
Mieszanka barwi na zielono, więc trzeba uważać z ubraniami i poszewkami na poduszki.


WZMOCNIENIE WŁOSÓW

1/4 łyżeczki mieszam z łyżeczką Vatiki lub olejku łopianowego Green Pharmacy i całość nakładam na skórę głowy. Trzymam 2-3h i zmywałam szamponem ze SLES. Włosy po takim zabiegu nie wypadają prawie wcale, a w okresach zwiększonego "linienia" po aplikacji tego zioła wypada ich zdecydowanie mniej.


Taki system się u mnie sprawdzał, ale zaczęłam poszukiwać nowych rozwiązań. Właściwie za sprawą moich bardzo zdrowych włosów (w żargonie Włosomaniaczek nazywamy to "niskoporowatością"). Bez dwukrotnego mycia nie ma siły, żebym porządnie zmyła olej ze skóry głowy, a dwukrotnie myć nie lubię. Zupełnie przez przypadek zbawcą w tej materii okazał się szampon Syoss Volume - pieni się jak "szatan" i wręcz "pożera" olej. Niestety, jak chyba wszystkie Syossy, posiada keratynę, a moje włosy nie lubią zbyt częstego mycia z tym składnikiem. Jak wiemy, jeśli coś ma działać na cebulki to musi być stosowane regularnie i często.

Postanowiłam więc robić maseczki z Ecliptą, z których zmyciem nie mam żadnych problemów.
Jestem już po dwóch takich "romansach" i po każdym kocham to zioło jeszcze mocniej. Włosy wypadają o wiele, WIELE mniej!
Ale więcej o maseczce z Ecliptą w kolejnej notce!

Pozdrawiam!

niedziela, 1 września 2013

Recenzja miodowej maski Seri Natural Line

Miód w maskach i odżywkach do włosów działa na mnie jak lep na muchy. Zwłaszcza, jeśli jest go w niej dużo. No i ten zapach... nie oszukujmy się, jest chemiczny i z zapachem prawdziwego miodu nie ma nic wspólnego, ale i tak uwielbiam go. Maska Seri pachnie miodowo, a nawet całkiem bardzo miodowo. A żeby było jeszcze piękniej, stała się moja miłością.


Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Cocamide DEA, Cetrimonium Chloride, Dimethicone, Glycerin, Mel, Butylene Glycol, Malic Acid, Actinidia Chinensis (Kiwi) Fruit Juice, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Juice, Citrus Paradisi (Grapefruit) Juice, Pyrus Malus (Apple) Juice, Trideceth-9, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Panthenol, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone,  Methylisothiazolinone, Parfum, CI 19140, CI 16185


Skład jest świetny. Dokładnie takiej maski z silikonem szukałam! Mamy glicerynę, miód, kwas jabłkowy, dużo ekstraktów owocowych: kiwi, pomarańcza, grejpfrut, jabłko, są też słodkie migdały i panthenol.







Maska zamknięta jest w litrowym opakowaniu. Możemy ją nabyć w drogeriach Hebe za niecałe 15 zł. Jest to więc bardzo opłacany zakup, dodatkowo za sprawą konsystencji  miodowa Seri grzeszy wydajnością, że aż miło. Po odkręceniu wieczka i sprawdzeniu, co kryje się w środku byłam szczerze zaskoczona. Po raz pierwszy mam do czynienia z maską o tak dziwnej konsystencji - przypomina połączenie gęstego kisielu z budyniem. Co ciekawsze, po rozmieszaniu z olejem tworzy się z niej lekki mus.


DZIAŁANIE:
Maska ma silikon, więc przede wszystkim można oczekiwać od niej porządnego wygładzenia. Taki też efekt osiągam na swoich niepokornych włosach. Dodatkowo są jedwabiste w dotyku i dociążone. Bez problemu mogę przeczesać włosy palcami i zupełnie się nie plączą (po myciu grzebień sunie po nich jak po maśle). Nawilża konkretnie i ładnie nabłyszcza. Ponadto dodatek silikonu zabezpiecza włosy przed utratą wody i uszkodzeniami mechanicznymi. Uwielbiam ją za to, co robi z moimi włosami, a wcale nie jest tak prosto im dogodzić.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Recenzja szamponu Alterry z kofeiną

Przy okazji odgruzowywania szafki w łazience natknęłam się na porzucony szampon Alterry z kofeiną. Dość dawno porzucony, bo aż rok temu. I tak sobie stał upchnięty gdzieś w głębi, niewykorzystany do końca, aż go wyciągnęłam i sobie przypomniałam jaką masakrę zrobił moim włosom. Nie będzie to pochlebna opinia.

Szampon Alterry z kofeiną pojawił się w sprzedaży jakoś 1,5 roku temu i łasa na nowości od razu go kupiłam, chociaż wydajnością i ceną nie grzeszył. Miałam już kiedyś inny szampon Alterry i szedł jak woda (ach, te 200 mililitrowe buteleczki...), ale skusiła mnie kofeina w składzie, więc pomyślałam tylko: "biorę". 



Skład:
Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Glycerin, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Lauryol Sarcosine, Caffeine, Xanthan Gum, Hydoxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Glucose Glutamate, Alcohol*, Coffea Arabica Bean Extract*, Panthenyl Ethyl Ether, Panthenol, Paullinia Cupana Extract*, Biotin, Parfum**, Limonene**, Linalool**.
* Surowce pochodzące z uprawy kontrolowanej biologicznie.
** Naturalne olejki eteryczne.

Silniejszy detergent SCS, gliceryna, trzy łagodniejsze środki myjące, kofeina dopiero na 7 miejscu, a zaraz za nią guar jako substancja powłokotwórcza. Dopiero pod sam koniec wartościowe składniki: kofeina z nasion arabiki, panthenol, ekstrakt z guarany i biotyna. Właściwie to cienko prezentuje się ten skład.



Myłam nim włosy codziennie, jak mam w zwyczaju. Zmywałam nim oleje, a z dnia na dzień robiło mi się coraz większe siano. Włosy były przesuszone i sztywne, w dotyku bardzo nieprzyjemne mimo że po każdym myciu używałam odżywki i serum silikonowego. Niczego nie zmieniłam w pielęgnacji, cały czas stosowałam te same produkty. Winowajcę więc upatrywałam w tym szamponie. Moja cierpliwość do niego wyczerpała się, gdy po olejowaniu olejem z awokado zamiast ujrzeć błysk, doświadczyć miękkości i gładkości moje włosy wyglądały jak rażone prądem. Nigdy nie były w dotyku tak suche i szorstkie! Ciężko mi stwierdzić, jaki składnik/składniki mogły mieć taki fatalny wpływ na moje włosy. Być może nie posłużyło im zestawienie wszystkich składników.