środa, 17 grudnia 2014

Środowa "Niedziela dla włosów" - moc stylizacji!

W niedzielę nie miałam weny na cackanie się z włosami, natomiast dzisiejszy rezultat wszelkich poczynionych wokół nich działań tak mi się spodobał, że postanowiłam go Wam pokazać. 

Tematem przewodnim jest stylizacja, do której pokornie powróciłam kilka dni temu. Wyglądowo jest w porządku, ale na powrót muszę się nauczyć wymierzenia odpowiedniej ilości produktu. Pianka nieco skleja mi przednie kosmyki i mam wrażenie, że lekko obciąża. Co ciekawe pojawiają się trudności z jej odgnieceniem.


Podcięcie włosów: - 2 cm.
Jednak znowu schodzę z cieniowania. Zatęskniłam za gęstymi końcami :D

Olejowanie: rano na skalp na 1,5h  nałożyłam olej Bringraj w celu odżywienia cebulek (mam zamiar stosować go regularnie). Nie spowodował wzmożonego wypadania, a wręcz przeciwnie, straciłam tylko kilkanaście włosów, które są moją dolną granicą wypadania.

Długość wysmarowałam oliwką Babydream dla mam i przespałam z nią całą noc.

Mycie: szampon Joanna Naturia z siarką i bursztynem.

Odżywianie: w ruch poszły proteiny pod postacią Balsamu Romantic z olejem makadamia i keratyną. Odżywkę zmyłam po 5 minutach.

Stylizacja: pianka Nivea Volume. To mój faworyt wśród pianek.

Po odwinięciu włosów z ręcznika, przeczesałam przód grzebieniem i wisząc głową w dół wgniotłam "garść" pianki we włosy. Ugniatanie trwało kilkanaście sekund, do momentu aż pianka zniknęła mi z dłoni.





Uwielbiam u siebie efekt takich grubych fal. W końcu warstwy odrosły na tyle, by włosy mogły się układać same z siebie tak, jak na powyższym zdjęciu. 
Co miesiąc podcinam końce, więc długość praktycznie stoi w miejscu ;)






Jak tam Wasza pielęgnacja? Macie jakieś kosmetyczne hity wśród produktów do stylizacji?

piątek, 5 grudnia 2014

Nie odżywka a magiczna mikstura. Dr.Bio Balsam do włosów farbowanych

Nie tak całkiem dawno przywędrowały do mnie dwa rosyjskie balsamy o kuszących składach. Dr.Bio był strzałem w ciemno, bo nie spotkałam się dotąd z wieloma recenzjami produktów do włosów tej marki. Przy zakupie zdałam się na skład, analizując potencjalne działanie poszczególnych składników. Spodobał mi się źeń-szeń, trawa cytrynowa kojarząca się z nadawaniem blasku, tajemniczy eukaliptus i oczywiście olej arganowy, jako emolient zawsze w cenie ;) 

O kosmetykach Dr.Bio nie jest głośno, co może wkrótce się zmieni, bo pędzę z recenzją magicznego balsamu, który tworzy na moich włosach cuda nad cudami.




Dr.Bio Balsam do włosów farbowanych (klik).
Producent zapewnia efekt 7 w 1:
  •  utrwala kolor
  • wygładza włosy na całej długości
  • wzmacnia włosy na  całej długości
  • regeneruje strukturę włosów
  • ułatwia układanie
  • zapobiega łamliwości
  • nadaje blask włosom osłabionym, matowym

Moje włosy są całkowicie naturalne, więc nie będę oceniać balsamu pod kątem utrwalania koloru. Raczej wątpię by kosmetyk miał na to wpływ. Osobiście nigdy nie kieruję się opisem na opakowaniu, tylko skrupulatnie badam skład, ustosunkowując go do moich preferencji. Takim sposobem zainwestowane w balsam pieniądze okazały się strzałem w 10. Dobre przeczucie mnie nie zmyliło :) Ale do rzeczy.


Skład:
Aqua, Argania Spinosa Kernel Oil(olej arganowy), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olej eukaliptusowy), Cymbopogon Citratus Essential Oil (olej z trawy cytrynowej), Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetyl Ether, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt żeń-szenia), Ficus Carica (Fig) Fruit Extract (ekstrakt z figi), Tocopheryl Acetate, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.(*) składniki organiczne






Moja opinia:

Moje włosy nie są proste w obsłudze. Toczę z nimi ciągłą walkę o wygładzenie i zapobieganie puszenia (moi regularni czytelnicy zapewne kojarzą posty, w których wylewam gorzkie żale o niepokorności mojej czupryny ;). Zwykle muszę się nieźle nagimnastykować, by włosy wyglądały tak jak powinny, będąc tak zdrowe, jak są w rzeczywistości. Gdy pierwszy raz użyłam balsamu Dr.Bio przeżyłam niemałe zaskoczenie. Na początek organoleptyczne, gdyż w dotyku były jedwabiste i czułam na ramionach to utęsknione dociążenie. Kolejne były doznania wizualne. Och, tutaj nie mogłam się wprost oderwać od lustra! Blask, blask... ten blask! Kosmyki pięknie odbijały światło i błyszczały się dużo bardziej niż zwykle (czyżby faktycznie była to sprawka trawy cytrynowej? :D). Pokolenie nowych włosów, które lubi odstawać pięknie zlało się z resztą czupryny - całość była bardzo wygładzona i zdyscyplinowana. Żeby było jeszcze piękniej, skręt się podbił na tyle, że niektóre kosmyki zakręciły się w rulony.


Konsystencja jest rzadka i lejąca, nie należy do moich ulubionych. Kosmetyk szybko znika na włosach, ale wystarczy niewielka ilość, by zadziałał.

Balsam przetestowałam w pielęgnacji ubogiej (mycie szamponem bez dodatkowego odżywiania/olejowania) i bogatej (odżywianie/olejowanie przed myciem). W każdym przypadku spisuje się rewelacyjnie. Mogę nawet rzec, że solo dalej najlepsze rezultaty. Zdecydowanie ten produkt ląduje na listę moich cudeniek :)


Cena: ok 16 zł w sklepach z rosyjskimi kosmetykami.


Miałyście styczność z kosmetykami Dr.Bio?

niedziela, 23 listopada 2014

Niedziela dla włosów - olejowanie i odżywianie skalpu

Niedzielę dla włosów uznaję za udaną. W końcu udało mi się osiągnąć na tych moich niepokornych kołtunach efekt grubych i wygładzonych fal. Ostatnimi czasy jest coraz lepiej w tym temacie, bo wprowadziłam do pielęgnacji podwójną dawkę olei. Gdy ograniczałam się do olejowania przed myciem, rzadko widziałam zadowalający rezultat. Natomiast łyżeczka oleju wymieszana z produktem do spłukiwania ujarzmia kosmyki zatrzymując w nich nawilżenie na długo.

Podcięłam włosy, kosmetycznie o 1 cm. Mam ochotę ciachnąć jeszcze dwa.

Olejowanie: swoją premierę zaliczył olej z orzecha włoskiego. Trzymałam go na włosach całą noc. 
 Widzę, że się bardzo polubimy.

Maseczka na skórę głowy: tutaj debiutował mielony imbir. Zależy mi na wzmocnieniu cebulek i szybszym poroście, więc wszystko, co może mi w tym pomóc ląduje na skórze głowy. 
2 łyżeczki Balsamu Gloria + 1 łyżeczka oleju musztardowego + 0,5 łyżeczki oleju z rokitnika + 0,5 łyżeczki mielonego imbiru + 0,5 łyżeczki eclipty

Do mieszanki dolałam trochę wody i wyszła za rzadka. Jednokrotnym myciem nie udało mi się do końca wymyć eclipty :/

Mycie: szampon Joanna Naturia z zieloną herbatą i pokrzywą. 

Odżywka: Balsam Romantic z keratyną i olejem makadamia + 1 łyżeczka oliwki Baby Dream Fur Mama.




Niestety zdjęcie wyszło za ciemne (nie chciałam używać flesza).
Jak widać dalej nie stylizuję, a fala jest :)

sobota, 15 listopada 2014

2 cm w 2 tygodnie. Zapuszczanie włosów cz. 2

Już myślałam, że przyszło mi żyć ze standardowym jak dla ludzi przyrostem 1 cm/1 mies. Przez ponad 2 miesiące moje włosy rosły w ślimaczym tempie, co przyprawiało mnie o niemałe zdziwienie, a nawet irytację. Bo jak to, łykam suplementy, wcieram, maskuję, a one jak na złość stoją w miejscu? Rzecz dotąd u mnie niespotykana. Cały zeszły rok podcinałam końcówki co 1,5 miesiąca o około 3 cm i pomimo to wyhodowałam je do talii.

No dobrze, pomarudziłam sobie, więc czas przejść do konkretów.

Pomimo zastoju we wzroście, 1 listopada podcięłam końcówki. Odrobinę. Włosy mierzyły wtedy 64 cm (pomiar od linii włosów na czole) i wydawały mi się po prostu krótkie. Wczoraj zaś zauważyłam, że są znacznie dłuższe, co potwierdził centymetr - 66 cm, czyli 2 cm na plusie w dokładnie 2 tygodnie. Nareszcie moje cebulki obudziły się ze snu i ruszyły do akcji.

Zasługi dla przyrostu mogę przypisać tabletkom Mega-krzem (łącznie 300mg ekstraktów z pędów bambusa i ziela skrzypu zawierających krzemionkę)  i siemieniu lnianemu (cudowne NNKT), które regularnie przyjmuję od ponad miesiąca. Możliwe też, że włosy zwyczajnie postanowiły rosnąć w typowym dla siebie ekspresowym tempie (zawsze szybko mi rosły). Jednak jakieś pozytywne działanie suplementacji zauważam, przede wszystkim w postaci wysypu baby hair. 

Wzmożone wypadanie odbiło się na stanie końcówek. Boki są mocno przerzedzone, więc włosy wymagają sporego podcięcia... na które nie byłam w stanie się zdecydować w czasie ich wzrostowej posuchy. Wolę siebie w dłuższych włosach.

Zdjęcie sprzed tygodnia.

Mam ochotę ciachnąć je o 3 cm, ale... zobaczymy jak będą rosły ;)

niedziela, 9 listopada 2014

Niedziela dla włosów

Moja pierwsza Niedziela.
Obiecuję sobie być systematyczną i nie zaniedbać tego cyklu. Będziecie mieli okazję częściej oglądać moje włosy, co do tej pory niestety szło w odstawkę. Wytrwale zapuszczam (kolejny raz, hah) i droga jaką przejdę będzie udokumentowana tydzień po tygodniu. Poza tym takie dzielenie się wrażeniami z umiłowanego przeze mnie babrania się w miksturach sprawia mi ogromną frajdę!

Olejowanie: olej sezamowy na noc. Jeden z moich ulubionych. Zawsze zaopatruję się w niego na tygodniu azjatyckim w Lidlu. Pachnie prażonym sezamem, znośnie i do wytrzymania, za co mój nos jest mu wdzięczny.

Mycie: szampon Joanna Naturia z pokrzywą i zieloną herbatą. Polubiły go włosy na długości, skalp już niestety mniej, szkoda. Po 2 tygodniach zaczął mnie lekko podrażniać. 
Póki co nie ma dramatu i działam z maseczkami, które zawsze pomagały mi uporać się z tego typu problemem. Buteleczka niedługo sięgnie dna, więc wracam do sprawdzonego szamponu Herbal Care łopianowego.

Maseczka: zwykle robię jakieś kombo z różnych składników.
1 łyżeczka  maski Kallos Color + 0,5 łyżeczki odżywki Romantic Ochrona koloru + łyżeczka miodu + łyżeczka oliwy z oliwek
Miks nałożyłam po oczyszczeniu włosów szamponem na około 10 minut.


Płukanka: z kawy, bo walczę z wypadaniem i o szybszy porost włosów. Zaparzam nierozpuszczalną kawę w ilości równej 1 łyżeczka na 200 ml. Po ostygnięciu odcedzam płyn z fusów i dopełniam 100 ml zimnej wody.
Płukanką dokładnie polewam skórę głowy. Kilka razy. 
Kocham kawową płukankę również za wpływ na skręt. Wystarczy, że w czasie schnięcia chwilę ugniotę włosy, by po wyschnięciu fale były wyraźniejsze i trwałe przez cały dzień. To z powodu lekkiego usztywnienia włosów (bez obaw, w dotyku tego nie czuć). Podobny efekt zapewnia mi płukanka z zielonej herbaty.

Produkt b/s: odżywka Fructis Friuty Passion. Chyba już nie do dostania :(



Z fleszem.


Włosy wyglądają jak suche badyle :D W rzeczywistości aż takiego dramatu nie ma. Mam problem z robieniem zdjęć w mieszkaniu, bo gdzie bym nie stanęła mój aparat zaczyna się buntować i zdjęcie (bez flesza) wychodzi tak ciemne, że nic na nim nie widać. Z tego powodu dzisiaj ulokowałam się na balkonie.

Co do samych włosów. Patrzę na to cieniowanie... już jakiś czas temu przestało mi się podobać. Czas zagęścić dół, bo ta cienizna zaczyna mnie poważnie irytować. Ewentualnie spróbuję z zawijaniem włosów w "ślimaka".

niedziela, 2 listopada 2014

Nowości, które zasiliły szeregi mojego kosmetycznego zbioru

Mam tendencję do zbierania kosmetyków do włosów, ale staram się nad tym panować. Zapasy jak dla wojska zostały zredukowane potężnym denkiem, dodatkowo nie kupowałam niczego poza szamponem, więc stwierdziłam, że czas najwyższy zaspokoić budzącego się "smoka".




Zawędrowałam na stronę z rosyjskimi kosmetykami, by w pierwszej kolejności odhaczyć z chciej-listy moje największe pragnienia. Tutaj, zadziwiłam samą siebie, bo ograniczyłam się tylko do dwóch odżywek. 




Planeta Organica Balsam cedrowy i Dr.Bio z olejem arganowym, olejem eukaliptusowym i żeń-szeniem. O pierwszym produkcie naczytałam się wielu pozytywnych recenzji. M.in. ten opisywany efekt śliskich włosów podziałał na mnie jak zaklęcie. Musiałam mieć i sprawdzić na swoich niepokornych kędziorach. Dr Bio to taki ryzyk-fizyk. Ma na tyle interesujący skład (olej arganowy już na drugim miejscu), że kupiłam go w ciemno nie posiłkując się wcześniej żadnymi opiniami.

Planeta Organica Balsam cedrowy, 360 ml:
Skład: Aqua, Cedrus Deodara Wood Oil (organiczny olej cedrowy), Dicocoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Arcticum Lappa Seed Oil (olej łopianu), Urtica Dioica Extract (pokrzywa biała), Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Cellulose Gum, Parfum, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.

Dr.Bio - balsam do włosów farbowanych - organiczny olej arganowy, żen-szeń, ekstrakt z fig, trawa cytrynowa, eukaliptus, 360 ml:
Skład: Aqua, Argania Spinosa Kernel Oil* (olej arganowy), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olej eukaliptusowy), Cymbopogon Citratus Essential Oil (olej z trawy cytrynowej), Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetyl Ether, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt żeń szenia), Ficus Carica (Fig) Fruit Extract (ekstrakt z figi), Tocopheryl Acetate, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.(*) składniki organiczne




Olejki Wellness & Beauty z Rossmanna to mieszanki o pięknych zapachach. Przygarnęłam Olejek do ciała Mango i papaja oraz Olejek do kąpieli Sezam z wanilią

Wersja z wanilią pachnie prawdziwym ekstraktem, co można wyczuć już przez zamkniętą buteleczkę. Wydały mi się być idealne do stosowania na ciało i włosy. Oba produkty mają bardzo ładne składy i przyjemne dla portfela ceny, co tylko zachęciło mnie do zakupu. Już po pierwszym użyciu wiem, że olejek z wanilią na stałe zagości w moim zbiorze.

Olejek do kąpieli Olej sezamowy i wanilia, 150 ml:
Skład: Carthamus Tinktorius Seed Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Sesamum Indicum Oil, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Polysorbate 20, Parfum, Tocopherol, Tocoferyl Acetate.

Olejek przeznaczony jest do kąpieli, ale nie posiada żadnych detergentów, więc z powodzeniem możemy stosować go na ciało i włosy. Oraz zgodnie z przeznaczeniem ;) 

Olejek do ciała Mango i papaja, 150 ml:
Skład: Helianthus Annuus Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Carica Papaya Fruit Extract, Mangifera Indica Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Tocopheryl Acetate, Caprylic/capric Triglyceride, Topopherol, Parfum, Linalool, Limonene, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Citral, Geraniol.


Jak Wasze zakupy?

środa, 15 października 2014

Dwie porowatości moich włosów

Moje włosy są zdrowe - całkowicie naturalne, nie traktuję ich suszarką, lokówką ani prostownicą. Dbam z miłością, cackam się jak z jajkiem. Mimo to zmagam się z dwiema porowatościami - wysoką w kierunku średniej (partie z wierzchu) i niską (reszta włosów).  

Często narzekam na problemy z puszeniem, którego powodem jest ni mniej ni więcej wysoka porowatość wierzchniej warstwy włosów. Wystarczy, że użyję nieodpowiedniego oleju lub puchogennego składnika w odżywce, by po wysuszeniu ujrzeć to:



Te wysokoporowate pasma mają tendencję do rozprostowywania się, odstawania i tym samym psucia całościowego wyglądu fryzury. Musiałam zapomnieć o olejowaniu olejem kokosowym (wysokopory zwykle się z nim nie lubią właśnie z powodu generowania puchu). Stylizatory w magiczny sposób także przestały mi służyć (odnoszę się do stanu sprzed 1,5 roku, kiedy to stylizowałam czuprynę codziennie). Co spowodowało, że część włosów ma inną porowatość? Nie wiem. Czasami wydaje mi się, że one po prostu już takie rosną. Innym razem zrzucam winę na karb uszkodzeń mechanicznych powstających podczas spania. Wszak co innego mogłoby je podniszczyć? Może czas wrócić do bogatszej pielęgnacji, bo sam olej (wprawdzie nakładany co noc) i odżywka na kilka minut to za mało.

Na dodatek moja tendencja do dotykania włosów tylko pogarsza sytuację. Zaczynają "fruwać" :D

Z resztą włosów nie mam żadnego problemu. Zawsze odwdzięczają się ładnym wyglądem. Są gładkie i zdyscyplinowane niezależnie od pogody.


Macie podobny problem z dwojaką porowatością? Jak sobie z tym radzicie?

sobota, 20 września 2014

Gdzie podziały się moje długie włosy? Zapuszczanie cz. 1

Mówiąc brutalnie, zniknęły ucięte pod wpływem impulsu. 

Tak było jeszcze kilka miesięcy temu. Hlip.


Żałuję, że nie zapisałam się do akcji "Niechaj centymetry przybywają w chwale" prowadzonej przez Eter. Niemniej moja motywacja do zapuszczania jest ogromna i w głowie rodzą się różnorakie plany pielęgnacyjne na kolejne miesiące. Do końca grudnia chciałabym zobaczyć (przynajmniej) dodatkowe 6 centymetrów. Znam osiągi moich cebulek i wiem, że przyrost może być większy.


WRZESIEŃ
A właściwie już jego połowa.
Na samym początku miesiąca pod nożyczki poszły 3 cm. Długość wyjściowa po cięciu, od której robię pomiary to 64 cm (mierzone od czoła).
W ruch poszły:
- Jantar, niestety niewcierany regularnie, ale to się zmieni
- drożdże, pite regularnie,
- siemię lniane, pite od tygodnia.

Wszystko wskazuje na to, że walka o szybszy porost będzie szła w parze z walką o zahamowanie wypadania.
Kilka dni temu włosy zaczęły lecieć. Być może jest to spowodowane ostrym stanem zapalnym, którego objawy pojawiły się w poniedziałek. Przyjmuję antybiotyk. Mam nadzieję, że po wyleczeniu wszystko wróci do normy.
Zmotywowało mnie to do zrobienia ulubionej mieszanki wzmacniającej. Zmieniłam niektóre składniki, ale obecność eclipty jest kluczowa. Tym razem bazą jest Kallos Color, a zamiast olejku łopianowego Green Pharmacy dolałam oleju musztardowego, który działa rozgrzewająco. 
Zabieg z tą maseczką mam zamiar stosować regularnie co 2 dni na godzinę przed myciem włosów.Liczę, że z jej pomocą uda mi się opanować migrację włosów z głowy i przy okazji dorobić się ładnej młodzieży.

 
Jak tam wasze zapuszczanie? Czy wspomagacie przyrost? :)
 

poniedziałek, 15 września 2014

Lato się skończyło, ale może jednak coś o filtrach?

Bardzo polubiłam filtr Vichy Capital Soleil Emulsję matującą. Niestety w tegorocznym sezonie wiosna-lato nigdzie nie mogłam znaleźć wersji z faktorem SPF 50. Trzydziestka, jak na moje wymogi, to zdecydowanie zbyt niska ochrona. Rozważałam zakup filtru Uriage, który również mi służył, ale bez konkretnej promocji mój portfel aż nazbyt by ucierpiał. Tak się złożyło, że apteka Ziko oferowała 25% rabat na gamę produktów przeciwsłonecznych z La Rosche-Posay. 

Właśnie wśród nich znajdował się tajemniczy - bo o zmienionej, ponoć udoskonalonej formule - Anthelios XL. Ultralekki fluid do twarzy SPF 50+.


Co oferuje producent?
- ultralekką konsystencję
- bezzapachowy
- wodoodporny
- nie powoduje powstawania zaskórników
- bardzo wysoka ochrona: SPF 50+ (UVB), PPD 42 (UVA)
- stabilność do 6h 




Moja opinia:

Przyznaję, że filtr ten kupowałam z duszą na ramieniu. Mam sprawdzone dwa filtry apteczne, z których byłam bardzo zadowolona, a jak wiadomo, kombinowanie z nowościami nie zawsze wychodzi na dobre. Niemniej zostałam postawiona pod murem i potrzebowałam czegoś "na już". Dodatkowo Anthelios XL był w promocji. 

Oczekiwania miałam spore. Właściwie wszystkie można podpiąć pod wyżej wymienione obietnice producenta. Głównie liczyłam na szybką wchłanialność i zapewnienie solidnej ochrony przeciwsłonecznej. W czasie pierwszego testu bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Anthelios rzeczywiście posiada tę "ultralekką" konsystencję. Wręcz początkowo uznałam, że jest zbyt rzadka, co nie sprzyja precyzyjnemu wymierzeniu ilości, jaką chcemy nałożyć na twarz. Nie potrafię stwierdzić ile produktu lądowało na mojej skórze, ale zaaplikowana ilość (niezależnie od tego, jaka by była) szybciutko się wchłaniała i nie pozostawiała po sobie żadnego śladu. Bez problemu już chwilę później mogłam nakładać podkład. 

Pamiętacie te upały w lipcu i operujące ostre słońce? Ja doskonale. Przesiedziałam ponad 3h w mocnych promieniach, całkowicie na nie wystawiona, a później spacerowałam jeszcze 1,5h. Do bólu spaliłam sobie ramiona i czubek głowy, ale buzia pozostała nietknięta. Nadmienię, że filtrem posmarowałam twarz godzinę przed wyjściem z domu, więc łączny czas przebywania na słońcu wynosił niecałe 5h (a trzymania filtru na skórze niecałe 6h). 
Nie zaczerwienił mi się nawet czubek nosa :)

Chyba nie muszę nic więcej dodawać. Ultralekki fluid Anthelios XL naprawdę doskonale chroni skórę przed słońcem. Nie straszne jest udać się na solidną ekspozycję słoneczną z tym filtrem na buzi.

Jedyna wada, jak zresztą wielu filtrów aptecznych, to słaba stacjonarna dostępność. Po miesiącu od kupienia swojego opakowania w aptece Ziko, przestałam widywać ten filtr. Szukałam go w Superpharm i tam też brak. 

Mamy jesień, nadejdzie zima, powrócę chyba do Uriage. Jednak w kolejnym sezonie wiosna-lato królować będzie Anthelios!


Miałyście? Stosujecie filtry do twarzy?



sobota, 9 sierpnia 2014

Bo jestem kobietą i właśnie zmieniłam zdanie, czyli dlaczego obcięłam włosy

Sporo czasu mnie tutaj nie było... I nadeszła pora na powrót, a jak wracać, to najlepiej robiąc mocne "wejście smoka". 
Moje długie fale zapuszczane z taką pieczołowitością, czułością i uporem w jednej chwili poszły pod nożyczki, skracając się do długości za łopatki. Co mnie napadło na tak drastyczną zmianę? To był impuls. Osiągnęłam już cel, do którego zmierzałam przez rok i efekt wcale mnie nie zadowolił. Równej długości włosy do talii okazały się być trudniejsze w utrzymaniu niż początkowo sądziłam. Mój skręt rzadko kiedy współgra z czynnikami atmosferycznymi, końcówki łatwo się przerzedzają, a włosy są po prostu ciężkie.

Potrzebowałam odmiany i tym sposobem pozbyłam się naprawdę wielu centymetrów. Kolejnym etapem było wystopniowanie włosów, którego dokonałam własnoręcznie. Gęstość mojej czupryny zmusiła mnie do stworzenia aż sześciu warstw. Efekt możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej, na którym włosy są już dłuższe - od cięcia minął miesiąc i całkiem sporo podrosły.




Z nowej fryzury cieszyłam się miesiąc. Później już tylko okrutnie tęskniłam za dawną długością i ten stan utrzymuje się każdego dnia. Jednak zdecydowanie się na tak dużą zmianę pozwoliło mi zweryfikować w jakiej fryzurze czuję się najlepiej. I zdecydowanie nie są to włosy równej długości. Warstwy pozwalają mi czuć lekkość na głowie, a same kosmyki - których skręt niestety nie jest mocny, ale jednak jest - lepiej się układają. 

Cięcie nastąpiło na początku czerwca. Teraz włosy sięgają połowy biustu. Rosną dość szybko, chociaż nie stosowałam żadnych wspomagaczy porostu (kilka dni temu powróciłam do picia drożdży). Mam nadzieję, że byczy przyrost się utrzyma, bo chcę by znowu były długie. Powróciła motywacja do zapuszczania kudełków i przy dobrych wiatrach za kilka miesięcy mogę odrobić wszystkie straty na długości. 

Nie będę podcinać końcówek, może jedynie popracuję nad warstwami, ale to w dalszej perspektywie. Nie do końca podobają mi się wyraźnie wystopniowane kosmyki. Potrafią się zawinąć w dłuższe pasma, tworząc efekt "schodów", nie ma ładnego przejścia. Z tego powodu rozważam wypróbowanie metody cieniowania robiąc kucyk (lub kilka) na czubku głowy. 


Jak Wam się podoba zmiana?


czwartek, 1 maja 2014

ZRÓB TO SAM: Serum olejowe do włosów

Kręcenie tzw. miksów, czyli papek z różnych kosmetyków, półproduktów, a także produktów spożywczych to najlepsza zabawa we włosmaniactwie. Zgodzicie się ze mną, prawda? ;D

Osobiście najbardziej upodobałam sobie olejowe serum. Jest banalne i ekspresowe w przygotowaniu, a co najważniejsze łączy w sobie dwa w jednym: odżywianie i olejowanie (jak wiemy, same oleje nie nawilżają włosów tylko je natłuszczają).



Przygotowanie

Podstawa serum to odżywka/maska, olej i woda.

W moim serum zwykle znajduje się łyżeczka odżywki/maski do włosów (lub po groszku kilku różnych), pół łyżeczki żelu aloesowego, 10 kropel kwasu hialuronowego, łyżeczka oleju (lub połączenie kilku). Taką mieszankę dopełniam zimną przegotowaną wodą lub wodą różaną do wysokości 1/3 115 ml butelki z atomizerem. Wstrząsam, aż wszystkie składniki się ze sobą połączą. Porcja wystarcza mi na 3 użycia (ilość na zdjęciu na 2 razy). Nie trzymam serum w lodówce.

Do serum można dodać składniki wedle uznania. Ważne jest tylko, aby znalazła się w nim odżywka/maska, która zemulguje olej, dzięki czemu nie będzie się rozwarstwiał z wodą.


Stosowanie serum olejowego to dla mnie oszczędność czasu i wysiłku ;) Przed snem porządnie spryskuję całe włosy (aż będą mokre), odczekuję aż trochę podeschną i zaplatam warkocz. Dla moich włosów to łatwe, szybkie i kompleksowe odżywianie. Zauważyłam, że sam olej przestawał im wystarczać, tak samo jak odżywka nałożona na kilka minut pod prysznicem. Niestety, brakuje mi cierpliwości oraz siły do trzymania na głowie mieszanki pod czepkiem i ręcznikiem przed myciem włosów, które odbywa się u mnie rano. Dlatego odżywka wraz z innymi nawilżaczami w serum rozwiązują ten problem :).


Kręcicie olejowe serum? Jak się u Was sprawdza?

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Obiecane zdjęcia po podcięciu włosów

Wczoraj w końcu znalazłam (dosłownie!) kilka minut na zrobienie paru zdjęć. Nie było czasu na łapanie dobrego światła, więc jedno wyszło trochę prześwietlone. Nie chciałam używać lampy, to efekt jest jaki jest, ale przynajmniej włosy widać ;).
Jak czupryna mi wyschnie, to później zrobię jeszcze zbliżenie na końcówki.




Skręt nie był niczym wspomagany. Jestem strasznym leniem jeśli chodzi o stylizację. Nie dotykałam pianki ani żelu od 2 miesięcy. Wstyd. Ale moje włosy falują same z siebie i chyba właśnie to mnie skutecznie demotywuje ;D.


Wieki miną zanim zrównam krótsze boki. Poleciały 2 cm, ale podcięcia na długości właściwie nie widać. Końcówki się wizualnie zagęściły, ale to nie jest jeszcze to, czego chciałam.




Zabiegi pielęgnacyjne, jakie wtedy poczyniłam:

Olejowanie: Oliwka BDFM 
Mycie: Szampon łopianowy Herbal Care
Odżywka d/s: Balsam Babuszki na łopianowym propolisie nałożony na ok. 5 minut
Odżywka b/s: Kallos Color

sobota, 19 kwietnia 2014

Nowości: szampony Herbal Care i nowy olej

Muszę się usprawiedliwić z braku zdjęć "po podcięciu". Biegam jak kot z pęcherzem, włosy fruwają za mną, nieraz ubrudzone w mące czy posklejane miodem. Obiektyw by pękł na ten opłakany widok ;D. Dlatego pokażę Wam moje ostatnie zakupy. Wybrałam się do E.Leclerca po zakupy jedzeniowe i oczywiście musiałam przytargać stamtąd coś do włosów ;) 




Na ziołowe szampony Herbal Care przerzuciłam się już dobre kilka miesięcy temu. Nie "masakrują" mi skóry głowy (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu), same włosy też je lubią. Jestem wierna wersji z łopianem, ale tym razem postanowiłam wypróbować także wariant z lnem. Co więcej, szampony pojawiły się w nowych butelkach o nieco większej pojemności. Skład pozostał na szczęście bez zmian.

Olej z orzecha laskowego chodził za mną od dawna. Oliwka BDFM nieoczekiwanie dobiła dna, więc poczułam, że to jest ten moment, by brać się w końcu za orzech! 12,99 za półlitrową flaszkę to całkiem intratny interes. Mogę go wręcz lać na włosy... a także do gardła ;)




Po odkręceniu nakrętki bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie nakładka. Otwór w szamponach Herbal Care jest spory i nie zawsze udaje mi się wylać na dłoń odpowiednią ilość. Dzięki nakładce dozowanie produktu jest o wiele łatwiejsze.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Podjęłam "męską" decyzję: będzie cięcie. Dużo zdjęć

Kilka dni temu zarzekałam się, że nie dotknę nożyczek przynajmniej do końca maja, a tu zmiana decyzji o 180 stopni. Moja przyjaciółka nie bez powodu każde moje twarde postanowienie komentuje: aha, jeszcze ci się to zmieni. Hehe, dobrze mnie zna ;)

Wyhodowana długość włosów: 71 cm mierzone centymetrem od linii włosów na czole, czyli włos za cyc. Długość mi się podoba, dążę do jeszcze dłuższych, tylko te końcówki... Są już bardzo przerzedzone, czego może na pierwszy rzut oka nie widać, bo mam w miarę gęste włosy, a fale dodatkowo wizualnie zwiększają ich objętość. 
Zawsze miałam fioła na punkcie gęstych i przyciętych równo jak od linijki końców :). Z tego powodu jestem rozdarta, bo przecież podcinając często włosy nigdy nie uda mi się ich zapuścić. Ale postanowione! Dzisiaj łapię za nożyczki i poleci kilka centymetrów. Efekt udokumentuję jutro ;).

Moje włosy w całej okazałości:

 
 Końcówki po lewej stronie: tragedia.Cienkie i przez to lekkie.




Jakkolwiek bym nie ułożyła włosów te końce zawsze wyglądają, jak potargane ogonki.


 Zostało jeszcze trochę cieniowania.


Dzisiaj pozbędę się 2 cm. Za kilka tygodni prawdopodobnie podetnę drugie tyle. Zejdę z cieniowania, wyrównam włosy i może na powrót końce staną się gęste (bez prześwitów) i ciężkie. Będą straty w długości, ale jestem w stanie ponieść tę ofiarę, byleby pozbyć się tych lichelców. Mam nadzieję, że z moim arsenałem wcierek szybko odzyskam utracone centymetry, by móc dalej ciachać i ciachać bez skończenia z fryzurą na pazia ;)




A tu w dziennym świetle.

Żadnych rozdwojeń, aż żal ciąć, ale po zrównaniu będą się ładniej układać przy tej długości.






Chwała temu, kto dobrnął do końca ;).

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wcierkowy arsenał do walki o zagęszczenie włosów


Od 22 marca sumiennie wcieram odżywkę Jantar. W tydzień włosy podrosły aż 1 cm. Zawsze osiągałam dzięki tej wcierce ładny przyrost (3 cm/mies.) i sporo babyhair. Zużyłam już połowę 100 ml buteleczki i jak widać na powyższym zdjęciu w kolejce czekają następne produkty do przyspieszania porostu. Arsenał na kilka miesięcy wcierkowania ;D.


Po Jantarze zabieram się za odżywkę Anna ze skrzypem, a po niej spróbuję z wierzbownicą.

























Jakiś czas temu zmagałam się z lekkim wypadaniem włosów i opornym odrastaniem nowych. Nigdy wcześniej nie miałam problemów z porostem. Być może było to spowodowane noszeniem krótszej fryzury, przy której odrastające włosy widoczniej zagęszczały czuprynę. Od jakiś 8 miesięcy noszę prawię tę samą długość 68-71 cm mierzone od linii czoła, co przy moim wzroście (158 cm) daje włosy w długości za biust. Nawet ciągle pojawiające się nowe bejbiki nie mają szans w kilka miesięcy podrosnąć do takiej długości, więc końce straciły na gęstości. Zwłaszcza, że przestałam je regularnie podcinać - czyli co 1,5 miesiąca po 2-3 cm.

Takim sposobem włosy przy głowie są 4x gęstsze niż te na końcach.

Czeka mnie obcięcie jeszcze jakiś 5-6 cm, żeby jako tako zrównać włosy, ale nie potrafię się na to zdecydować ze względu na zdrowe końce i brak rozdwojeń. Podoba mi się obecna długość, a za jakieś 3 cm będę zadowolona z niej w jakiś 90% ;). Myślę, że gdy uda mi się przyspieszyć przyrost choćby do tych 2,5 cm/mies., to znowu zabiorę się za podcinanie końcówek raz na 2 miesiące. 

Kto się przyłącza do akcji wcierania? :)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Planeta Organica odżywka rokitnikowa + nowości

Dzisiaj taki krótki post "na szybko", bo czasu mam niewiele. Recenzowany kosmetyk jest w końcowej fazie testów, więc wyrobiłam już sobie o nim opinię, a w razie gdyby coś się zmieniło, to edytuję posta.

Całkiem sporą odlewkę odżywki rokitnikowej Planeta Organica otrzymałam od Eter. Jej włosy się z nią nie polubiły, a moje wręcz pokochały od pierwszego użycia ;) Co więcej, strasznie chciałam wypróbować tę odżywkę, ale gdy robiłam zamówienie na rosyjskie kosmetyki akurat była niedostępna. A tu taka niespodzianka, dziękuję kochana! :)





Moja opinia

Odżywka jest gęsta i wystarcza niewiele, by pokryć całe włosy (długość do połowy pleców). Już w czasie spłukiwania czuję niesamowity poślizg i wygładzenie, które utrzymuje się w czasie schnięcia, jak i po całkowitym wysuszeniu włosów. Moje fale dzięki odżywce rokitnikowej są dociążone, śliskie, sypkie i takie jakby chłodne w dotyku. Znika także problem puszenia się kilku kosmyków z wierzchu. Odżywka daje radę okiełznać moje niepokorne czasem włosy.
Nie nakładałam jej na skórę głowy, chociaż ładny skład do tego zachęca. 
Na wstępie tego posta napisałam, że jestem w końcowej fazie testów. Kosmetyk stosowałam jak typową odżywkę na kilka minut po umyciu włosów szamponem. Chcę sprawdzić, jak zadziała nałożona na dużo dłuższy czas pod czepek i ręcznik. Liczę, że dociąży jeszcze bardziej i wzmocni skręt :)


Nowości



Przybyło mi głównie ziół do płukanek. Z zielem bylicy bożego drzewka, wierzbownicą i kwiatem czarnego bzu nie miałam dotąd przyjemności. Jestem bardzo ciekawa jak zadziałają na moich włosach.
Skusiłam się też na odżywkę do skóry głowy Anna ze skrzypem. Skład króciutki, jak w przypadku wody brzozowej i dodatkowo posiada kwas salicylowy, który będzie fajnie złuszczał i odświeżał skórę. Wcierka była taniutka, kosztowała niecałe 6 zł za 200 ml.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Vichy Capital Soleil Emulsja matująca SPF 50 najlepszym filtrem ever

Znalazłam filtr idealny. Wątpię, by jakikolwiek inny kosmetyk z tej rodziny mógł zrobić na mnie tak piorunujące wrażenie, jak Vichy Capital Soleil Emulsja matująca SPF 50. Stosowany w okresie jesień-zima filtr Uriage Hyseac SPF 50+ był dobry, ale niestety posiadał kilka mankamentów, za które nie ma szans dostać się w moim rankingu na pozycję top of the top.

Na twarz filtrów używam przez cały rok. Początkowo było to wymuszone stosowaniem retinoidów, a jak wiadomo, przy takiej kuracji bez wysokiej ochrony przeciwsłonecznej ani rusz. Obecnie robię to z przyzwyczajenia i komfortu psychicznego. Nasz klimat nie wymaga stosowania filtrów z faktorem 50 czy nawet 50+, ale jak już wspomniałam, byłam zmuszona po taki sięgnąć. I tutaj zaczęły się lekkie drgawki ze strachu przed nałożeniem na twarz grubej warstwy czegoś, co może nie chcieć się ładnie wchłonąć, co gorsza zapchać skórę, wałkować się pod podkładem i przy wysokich temperaturach po prostu spłynąć ;P.

Buszowałam po internetach aż natrafiłam na opinie o nowym filtrze wypuszczonym na rynek przez Vichy - wersji matującej o faktorze 50. Do tanich ten filtr nie należał, ale udało mi się go dorwać w aptece Ziko za jedyne 33 zł.

Recenzje miał bardzo dobre, więc ochoczo przystąpiłam do testowania. Nałożyłam na twarz sporą ilość filtra, a ten wchłonął się do matu (!) w mgnieniu oka. Na skórze nie wyczuwałam żadnego irytującego filmu, więc właściwie od razu mogłam przystąpić do nakładania podkładu na nos i policzki (stosuję go tylko w tych rejonach). Mojego Burżuja 10 Hours Sleep Effect rozsmarowałam bez żadnych problemów, gładko i szybko. Co najlepsze, podkład świetnie zgrał się z filtrem i nie potrzebowałam go niczym dodatkowym matowić. Cera pozbawiona była dodatkowego błysku i natłuszczenia, jakie otrzymywałam stosując inne filtry. Po pierwszym użyciu byłam oczarowana.
A jak filtr zachowywał się po kilku godzinach? Faktycznie matował na długi czas. Miałam nawet wrażenie, że lepiej utrzymywał podkład na skórze, który tak łatwo nie schodził z twarzy, co nagminnie miało miejsce przy stosowaniu Uriage Hyseac.
W Vichy są bardzo stabilne filtry, nie destabilizują się po nałożeniu podkładu. Stosowałam go przez okres wiosna-lato razem z retinoidami i nie dorobiłam się nawet jednego przebarwienia. Nie zapchał mojej skłonnej do tego skóry, dzięki czemu moje zauroczenie nim przerodziło się w płomienną miłość. Jest to dla mnie filtr doskonały pod każdym względem. Rozwiał moje wszelkie obawy związane z filtrami o wysokim SPF.

Niestety, jak to w życiu, było zbyt pięknie, więc musiało się... Jeszcze przed końcem lata filtr nagle zniknął ze wszystkich aptek. Chodziły słuchy, że firma przerwała produkcję i wznowi ją dopiero na sezon wiosna-lato, czyli właściwie za rok! Mamy kwiecień 2014 i filtra póki co jeszcze nigdzie nie uświadczyłam. Nie rozumiem dlaczego tak się stało. Apteczny filtr powinien być dostępny w sprzedaży przez cały rok. Albo chociaż jego wersja o niższym faktorze, bo takowa też była. Gdybym wiedziała, że tak się stanie, zrobiłabym zapasy.
Teraz żyję nadzieją, że Vichy Capital Soleil Emulsja matująca powróci do aptek.


Używacie filtrów? Znalazłyście swój ideał? A może był nim Vichy?

poniedziałek, 31 marca 2014

Aktualizacja. Jak moje włosy miały się w marcu




Marzec nie był łaskawy dla moich włosów.

Przyrost 

Praktycznie brak. Mam wrażenie, że w marcu moje włosy nie drgnęły nawet o milimetr. W rzeczywistości aż tak tragicznie nie jest, jeśli mam zawierzyć męskiej ręce, która mierzyła mi włosy, wychodzi na to, że przybyło mi 0,5 cm. Ten marny wynik mnie zdumiewa, bo normalnie moje włosy rosną 1,5-2 cm bez pomocy żadnych wspomagaczy.
Z braku czasu nie stosowałam olejków ani masek na porost. Jantar zaczęłam wcierać dopiero niecały tydzień temu, więc za wcześnie na podgonienie porostu dzięki tej odżywce. Łykałam natomiast cynk i drożdże w tabletkach. Oba te suplementy ładnie przyspieszają mi porost włosów, a tu taka niemiła niespodzianka. Liczyłam na to, że do końca maja moje włosy w końcu sięgną za talię, ale chyba się przeliczę...

Kondycja

Marzec to było wieczne pasmo BHD. Zupełnie straciłam kontrolę nad moimi włosami. Rzadko kiedy chciały się ładnie zakręcić. Częściej tył się prostował i puszył z wierzchu. Pomogło dopiero oczyszczenie włosów. Zapomniałam, że oleje także mogą się nadbudowywać, a te namiętnie stosuję przed każdym myciem. Po zdarciu z włosa zalegającej warstewki w końcu mogłam się chociaż przez chwilę nacieszyć ładnymi włosami i porządnym skrętem. Niestety kudły znowu przestały ze mną współpracować, więc skłaniam się ku rzadszemu olejowaniu i dłuższymi seansami z maską po myciu.

Wypadanie

Włosy ku mojemu niezadowoleniu dalej lekko wypadają przy myciu. Chciałabym aby to było tylko kilka włosów i dzięki Jantarowi może uda mi się to osiągnąć w kwietniu, bo widzę, że pomaga.


Byłam zdeterminowana nie podcinać włosów do końca maja (brak rozdwojeń), ale dzisiaj po dokładnych oględzinach stwierdziłam, że czas najwyższy na nożyczki. Końcówki przerzedziły się od wypadania, a prawa strona wciąż czeka na zrównanie cieniowanej warstwy (około 6cm) i lepiej szybciej się tego pozbyć niż chodzić z cienkimi kosmykami. Mimo iż polecą tylko 2cm, włosy na pewno sporo na tym zyskają, zwłaszcza wizualnie.
Na poniższym zdjęciu dobrze widać o ile część prawej strony jest krótsza niż lewa. To jeszcze pozostałość po fryzjerce, która wycięła mi po tej stronie dziurę we włosach.


środa, 26 marca 2014

Subiektywnie o metodzie kubeczkowej

Na początku muszę się usprawiedliwić z zastoju na blogu. Życie mnie wsysło i czasowo przestałam się wyrabiać z rzeczami do zrobienia. Szkoda, że doby nie da się rozciągnąć przynajmniej do 36h.


Podczas mojej wędrówki przez dbanie o włosy zetknęłam się z metodą kubeczkową (to nic innego jak mycie włosów uprzednio rozcieńczonym z wodą szamponem). Dowiedziałam się o niej na wątku forumowym, gdzie moja wiedza na ten temat pogłębiła się o doświadczenia innych dziewczyn. Sama jakoś nie byłam przekonana do tego sposobu mycia włosów. Chyba ze względu na spory busz, przez jaki muszę się przedrzeć dłońmi ;) Ale spróbowałam, metodę kubeczkową stosowałam przez tydzień. No właśnie, tylko tydzień.

Najpierw trochę spraw technicznych. 
Porcję oczyszczającego szamponu (bez oblepiaczy i z silniejszymi detergentami) wlewałam do pustej butelki. Dolewałam trochę wody, wstrząsałam, żeby wytworzyła się lekka piana i taki szampon wylewałam na dłoń. Tutaj zaczynało się moje denerwowanie się. Zanim zdążyłam nanieść rozcieńczony szampon na głowę, szybciej spływał mi po rękach. Włosy myję w pozycji stojącej pod prysznicem, więc operowanie zbyt rzadkim roztworem jest dla mnie wybitnie niewygodne. Koniec końców wylewałam szampon z butelki prosto na głowę i starałam się go szybko wmasować. Niestety więcej go spływało po włosach w dół niż znalazło się na skórze głowy, a przecież to skórę mamy myć. 
Musiałam powtarzać całą "zabawę" kilka razy, żeby dokładnie umyć skalp. W rezultacie na samo mycie traciłam więcej czasu.

Gdy udało mi się utrafić w odpowiednie proporcje wody i szamponu, uzyskiwałam całkiem przyjemną pianę. 

Efekty po metodzie kubeczkowej
Chociaż używałam oczyszczającego szamponu, za każdym razem miałam wrażenie niedomycia skóry. Moje niskoporowate włosy potrzebują solidnego oczyszczenia, aby nie serwować mi potem potrójnego P - przetłuszcz, przychlast i przyliz.
Włosy na długości w czasie mycia miały dłuższy czas kontaktu z detergentami niż w przypadku normalnego mycia, gdzie gęsta piana trzyma się jedynie w okolicach samej głowy. Przy metodzie kubeczkowej piana była dużo rzadsza i spływała mi z włosów aż po same końcówki (moja czupryna sięga połowy pleców). Podobno rozcieńczony szampon działa słabiej, ale zauważyłam jego odwrotne działanie. Włosy wcale nie były delikatniejsze. Kilka pasm, które cały czas lubi się puszyć, puszyło się dużo bardziej niż zwykle.
Stwierdziłam, że metoda ta nie jest dla mnie i zaniechałam jej po tygodniu stosowania.


Macie doświadczenie z metodą kubeczkową? Lubicie czy jednak nie?



niedziela, 9 marca 2014

Włosy mojej przyjaciółki - podcięcie + stylizacja wyczarowały piękne fale

Dzisiaj przedstawię Wam włosy mojej drogiej przyjaciółki. Kręcą się podobnie do moich, włosomaniaczej pielęgnacji poddawane są od roku - E. zapuszcza z włosów obciętych niemal "na chłopaka". Końcówki wymagały podcięcia, co też uczyniłam, a skręt po raz pierwszy został potraktowany stylizacją za pomocą żelu Bielendy. Niżej możecie ocenić efekt naszej wspólnej pracy nad falami E.



Podcięcie końcówek

E. przybyła do mnie w warkoczu, więc włosy były powyginane na wszystkie strony. Musiałam je trochę wygładzić i wyprostować (lokówką), żeby równo podciąć. Tak jej włosy wyglądały przed.



Włosy po podcięciu:

Ścięłam tylko 2,5 cm. Różnica na długości jest niemal niezauważalna, a końce prezentują się o niebo lepiej. E. ma bardzo dużo nowych włosów, tzw. babyhair. Wyrosły jej całymi pasmami, powodując wrażenie delikatnego cieniowania wierzchniej warstwy. Dzięki temu włosy przyjaciółki bardzo się zagęściły, a podcinane sukcesywnie, co 2 miesiące będą wyglądały na jeszcze gęściejsze.


Zabiegi pielęgnacyjne

Na długość został nałożony olej sezamowy. Na skórę głowy poszła mieszanka Vatiki i oleju musztardowego. E. pochodziła sobie w tłuściochach ze 2 godzinki. Potem zmyła wszystko rypiącym szamponem Joanny z rzepą i nałożyła mieszankę: Kallos Silk + Kallos Latte + skrobia ziemniaczana. Na koniec zastosowałyśmy płukankę z rozmarynu i natki pietruszki.
Do stylizacji, z którą włosy przyjaciółki praktycznie nie mają styczności, użyłyśmy żelu Bielenda Graffiti (w ilości 1 łyżeczki). Po wgnieceniu żelu włosy zostały pozostawione do naturalnego wyschnięcia.


Efekt końcowy




Na dwóch ostatnich zdjęciach widać nowe krótsze włosy w całej okazałości. Jest ich mnóstwo! Z efektów stylizacji jestem bardzo zadowolona, wręcz zaniemówiłam jak zobaczyłam włosy przyjaciółki po odgnieceniu żelu. Skręt zaczyna się od samej głowy, a fale wiją się grubo i gdzieniegdzie pojawiły się delikatne sprężyny (użyłyśmy naprawdę słabego żelu, a mimo to dał on radę unieść i utrzymać skręt mokrych włosów). Gdyby E. przyłożyła się do stylizacji skręt wzmocniłby się dużo bardziej i cieszyłaby się pięknymi lokami. Tym bardziej, że od czasów zapuszczania nie widziałam u niej aż takich kręciołów :)

Jak Wam się podoba?

piątek, 7 marca 2014

Płukanka z zielonej herbaty + fragment moich fal

Znalazłam kolejnego pomocnika, który wyzwala w moich włosach mocniejszy skręt. A powiedziałabym, że nawet falo-loki, bo kosmyki zawijają się wokół własnej osi. Jest nim zielona herbata, wykorzystywana w formie płukanki. Czyli dzisiejszy post będzie o tym, jak bez wysiłku osiągam odpicowane fale.





Przygotowanie:
1 łyżeczka zielonej herbaty (może być z dodatkami lub bez)
ok. 300ml gorącej wody
Zaparzać przez 10 minut. Po tym czasie przecedzić napar i pozostawić do ostygnięcia. Schłodzoną płukanką polewać skórę głowy i włosy.




Moja opinia

Płukankę z zielonej herbaty namiętnie wykonuję z dwóch powodów:
1. przyspieszenie porostu
2. wzmocnienie skrętu
Zielona herbata zawiera teinę, więc za pomocą płukanki możemy powalczyć z nią o dodatkowe centymetry. Jeśli coś może pobudzić moje włosy do szybszego wzrostu, jest pierwsze w kolejce do stosowania ;) O długość włosów i ewentualne skutki uboczne, jak wysuszenie, nie muszę się martwić. W moim przypadku płukanka herbaciana nie czyni mojej czuprynie tego typu szkody. Natomiast, jako chyba jedyna z dotychczas wykonanych przeze mnie płukanek, sprawia, że moje włosy o wiele lepiej się kręcą. Fale kształtują się wyraźniej, są sprężyste jak po stylizacji i zdają się być wręcz "usztywnione" - nie tracę skrętu przez cały dzień.

Mokre włosy po płukance wydają się być sztywne i ciężko jest je rozczesać, ale w miarę schnięcia wszystko mija.

Poniższe zdjęcia przedstawiają tylko pojedyncze kosmyki. To pozostałości po dawnym cieniowaniu. Ta część włosów jest jeszcze trochę krótsza od zrównanej już reszty. Faluje się ładnie i bez jakiegokolwiek majstrowania.