Lubię kolorówkę z Wibo, zwłaszcza ich lakiery, tusze do rzęs i róże do policzków. Są taniutkie i dobre. Często kupuję je na sezonowych promocjach w Rossmanie z rabatem -49% Tę bazę nabyłam drogą tejże promocji bez przykładania większej uwagi do recenzji. W końcu to tylko około 5 zł, więc pomyślałam sobie, że jeśli baza mi nie podejdzie, to bez żalu się jej pozbędę i sięgnę po produkt innej marki. No cóż, żal mimo wszystko jest, ale jej nie wyrzucę, bo o dziwo posiada jedną zaletę, dla której znalazłam zastosowanie ;p
Myślę, że starczy tego wstępu i trzeba przejść do konkretów. Mówiąc krótko, baza ta jest koszmarna... Niestety w przypadku tego kosmetyku marka Wibo dała ciała po całości, począwszy od niesamowicie niepraktycznego opakowania, niby tak typowego dla produktów z tej kategorii, a jednak uciążliwego w stosowaniu, aż po działanie kosmetyku.
Słoiczek jest malutki, to tylko 4g produktu, zatem niewiele jak na objętość bazy pod cienie. Abstrahując już od ilości, której producent poskąpił, gorsze jest opakowanie - głębokie z wąskim otworem. Im mniej produktu w słoiczku tym wydobycie bazy staje się bardziej problematyczne, bowiem wchodzi pod paznokieć, osadza się na ściankach. Trzeba sobie pomagać drewnianym patyczkiem lub za pomocą innego przyrządu, dzięki któremu spokojnie uda nam się wydłubać odrobinę z opakowania ;d
Konsystencja to istny dramat. Na palcu wydaje się być lepka, natomiast podczas aplikacji staje tępa i sucha. Ciężko ją dokładnie rozsmarować (o wklepywaniu nie ma mowy), bo na powiece tworzą się smugi, placki i kluchy przez co w jednym miejscu jest jej więcej, a w innym mniej. Gdy próbuję to skorygować, baza "przesuwa" się wraz z kierunkiem rozcierania. Dzieje się tak, bo baza nie wtapia się w powiekę, zostawia na niej dziwną i lepką warstwę w trupim kolorze :p Co za tym idzie nie jest też wydajna, po kilkunastu aplikacjach zużyłam już 1/3 opakowania.
Nie chcą z nią współpracować cienie miękkie i o kremowej konsystencji, zarówno nakładane palcem, aplikatorem czy pędzelkiem. Każda próba nałożenia pigmentu kończyła się plackiem w miejscu zetknięcia z bazą. Próbowałam to rozcierać, ale poległam ;d Zaiste, jedyna metoda, by nałożyć cień to metoda robienia placków :p Udaje się to w miarę skorygować po nałożeniu odpowiedniej ilości cienia, gdy pokryjemy całą powiekę i warstwę okluzyjną bazy.
Natomiast o największą irytację przyprawiła mnie, gdy okazało się, że zmienia kolor cieni. Delikatny jasny pudrowy róż na powiece stawał się pomarańczowy :c Wynika to z faktu, że baza nie wtapia się i pozostawia lepką warstwę, więc zapewne daje to efekt podobny do nakładania cieni na mokro. Ma to jednak związek z miękkimi cieniami, te bardziej sypkie aplikują się bez zarzutu i bez zmiany pigmentu (np. cienie Lovely). I ten jeden mały plusik zadecydował o tym, że baza nie wyląduje w koszu.
Wytrzymałość oceniam na bardzo dobry, matowiła moje powieki na długie godziny. Cień wyglądał na nienaruszony przez około 8h i dłużej.
Wybrałam się na poszukiwania innej bazy, by moja nowa paletka matowych cieni z Makeup Revolution nie leżała na komodzie tylko zbierając kurz :p Tym razem pokusiłam się o przeczytanie recenzji, myśląc, że pomoże mi to w wyborze dobrej bazy, z której będę zadowolona. Okazało się, że opinie pod każdym produktem są mocno podzielone. Dlatego stwierdziłam, że muszę ryzykować i testować na sobie, więc zdecydowałam się na bazę, do której mam łatwy dostęp. Wybrałam Dell, Perfect Skin. Pierwsze użycie było jak najbardziej pozytywne :)
Miałyście?
A ty noś długie włosy... Jak pielęgnuję, dbam, cackam się oraz walczę o każdy zdrowy i piękny centymetr więcej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 stycznia 2016
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Przygoda z Atredermem 0,025%
Nie bez powodu post został zatytułowany słowem "przygoda". Kuracja była ciągiem zaskoczeń, z jednej strony pozytywnych z drugiej nader negatywnych. Zakończyła się wraz z kresem mojej cierpliwości i wytrzymałości. Przecież nie o to chodzi w pielęgnacji, by się mordować dla pozytywnych rezultatów.
Czym jest Atrederm?
Atrederm to lek zawierający pochodną retinolu do stosowania miejscowego w leczeniu trądziku. Potocznie zwany jest retinoidem. Substancję czynną preparatu stanowi tretynoina, pochodna retinolu. Jej działanie polega na wywoływaniu zmian w metabolizmie komórek nabłonka rogowaciejącego. Następuje szybsze namnażanie się komórek oraz keratynizacja i rogowacenie. Dzięki temu preparat działa silnie złuszczająco, hamuje rogowacenie naskórka i zapobiega powstawaniu zaskórników.
Dlaczego zdecydowałam się na kurację tym retiniodem?
Moja cera jest po "potrądzikowych" przejściach z czasów nastoletnich. W tamtym okresie mojego życia nie byłam świadoma odpowiedniej pielęgnacji i popełniałam wiele błędów. Ich wynikiem jest kilka małych blizn, których bardzo chciałabym się pozbyć. Nawracające zaskórniki także dawały mi w kość. Retinoid miał być przepustką do pozostawienia za sobą wszelkich niedoskonałości. Na zawsze.
Zanim zdecydowałam się udać do dermatologa po receptę, dokładnie zapoznałam się z wątkiem o Atredermie na Wizażu. Czytałam również opinie na blogach. Zdania były podzielone, choć większość użytkowników tego retinoidu zachwalała go za szybkie pozytywne efekty.
Na forum dowiedziałam się wielu przydatnych informacji. O sposobie aplikacji, jej częstotliwości, efektach ubocznych. Atrederm był określany jako najmocniejszy z retinoidów ze względu na postać płynu. Miało się to objawiać poprzez przecieranie/wcieranie twarzy nasączonym wacikiem. Podobno potęgowało to jego działanie. Biorąc pod uwagę własne doświadczenia przyznaję temu rację. Kolejną kwestią było łuszczenie się - przez niektórych traktowane jako skutek uboczny kuracji. Jeśli wystąpiło, to w wersji hard - skóra złaziła płatami. Niektóre osoby twierdziły, że zupełnie się nie "jaszczurzą" mimo codziennego stosowania.
Nazywano Atrederm "killerem": po pierwszej nocy z nim skóra była gładziutka i napięta, po kolejnej następował armagedon.
Osobom, które nie miały dotąd styczności z kwasami radzono najpierw zaznajomić z nimi skórę, a dopiero w następnej kolejności sięgać po Atre. Przeczytałam też, że pierwsza aplikacja potrafi być takim szokiem dla skóry, że dla bezpieczeństwa lepiej trzymać płyn na twarzy tylko godzinę-dwie, zmyć go i nałożyć krem.
Wchłonęłam wszystkie powyższe informacje i czułam się w pełni przygotowana. Rzeczywistość mnie jednak zaskoczyła. A raczej zrobił to Atrederm.
Początek i dalszy przebieg kuracji
Wybrałam najniższe stężenie, czyli 0,025%. Rozdzieliłam wacik na pół, by nie "zjadł" płynu i przetarłam nim całą twarz. Nie odczułam żadnego pieczenia czy ściągnięcia, skóra wydawała się być wręcz ukojona nawilżeniem. Po 2 godzinach zmyłam płyn za pomocą łagodnego żelu i nałożyłam treściwy krem. Miało być bezpiecznie i metodą małych kroków.
Następnego dnia wszystko wyglądało w porządku. Łuszczenia brak, podrażnienia brak. Nie ponawiałam aplikacji, mając w pamięci uprzedzenia o działaniu Atredermu z "opóźnionym zapłonem".
Na drugi dzień wyglądałam jak jaszczurka. Po dotknięciu ręką do twarzy, złuszczony naskórek niemal zostawał mi na palcach. Zrobiłam masaż czystym olejem, by zrolować i usunąć schodzącą skórę. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić ile jej zlazło! Byłam w szoku. Wydawało mi się, że to koniec łuszczenia jak na pierwszy raz. Po jakiś dwóch godzinach pod prysznicem zeszła mi kolejna warstwa. Dosłownie rolowała mi się pod palcami. PŁATAMI. Skóra była czerwona i piekła niemiłosiernie. Nawet kontakt z kremem palił żywym ogniem. Wyglądałam jak po poparzeniu. Tak też się czułam. W ciągu dnia reaplikowałam krem kilka razy. Wieczorem przed pójściem spać nastąpiło łuszczenie część 3. Kolejna gruba warstwa kremu i jakoś przespałam noc, chociaż piekło i szczypało. Rano powtórka z rozrywki - zeszła mi czwarta gruba warstwa, a wieczorem kolejna.
W ciągu 2 dni skóra mojej twarzy złuszczyła się 5 razy. I to tak porządnie, jakby łuszczenie miało nie mieć końca.
Nie nakładałam Atredermu przez następny tydzień, żeby nie podrażniać odsłoniętego delikatnego naskórka. Na szczęście przy drugim podejściu wszystko przebiegło względnie normalnie - złuszczyłam się tylko 2 razy. Wyłączając brodę. Ona łuszczyła się bez końca.
Najgorsze przy kuracji tym retinoidem było silne zaczerwienienie. Nie dało się tego ukryć pod podkładem czy pudrem. Straszyłam ludzi twarzą czerwoną jak burak. Chciałam zminimalizować ten niekorzystny efekt i smarowałam się Atre rzadziej. Wtedy zauważyłam, że skóra tak jakby zaczyna się go domagać i robi się nieprzyjemnie ściągnięta. Najgorzej było w okolicach ust, gdzie robiła się zgrubiała i chropowata.
Stosowałam Atre co 3 dni, po każdej aplikacji skóra schodziła dość konkretnie. Po miesiącu strasznie mnie wysypało i nie miałam cierpliwości do przeczekiwania tego stanu. Pozbyłam się nieprzyjaciół i od tamtej pory było już tylko lepiej. Bez zaskórników, ze spłycającymi się bliznami. Cieszyłoby mnie to bardziej, gdyby nie "burak", z jakim musiałam paradować co kilka dni. Także gdyby nie dyskomfort palącej skóry po złuszczeniu. Raz podrażniłam sobie brodę, nie chcę nawet wracać do tego myślami. Koszmar.
Podsumowując, do Atredermu nigdy nie zamierzam wracać. Nie jestem przeciwna retinoidom, uważam, że mogą być ratunkiem dla osób z problemami skóry. Sama po półrocznej przerwie przerzuciłam się na Locacid, co ciekawe o wyższym stężeniu, bo 0,5%, ale bardzo przyjemny w stosowaniu. Myślę, że poświęcę mu osobny wpis.
Stosowałyście retinoidy?
poniedziałek, 15 września 2014
Lato się skończyło, ale może jednak coś o filtrach?
Bardzo polubiłam filtr Vichy Capital Soleil Emulsję matującą. Niestety w tegorocznym sezonie wiosna-lato nigdzie nie mogłam znaleźć wersji z faktorem SPF 50. Trzydziestka, jak na moje wymogi, to zdecydowanie zbyt niska ochrona. Rozważałam zakup filtru Uriage, który również mi służył, ale bez konkretnej promocji mój portfel aż nazbyt by ucierpiał. Tak się złożyło, że apteka Ziko oferowała 25% rabat na gamę produktów przeciwsłonecznych z La Rosche-Posay.
Właśnie wśród nich znajdował się tajemniczy - bo o zmienionej, ponoć udoskonalonej formule - Anthelios XL. Ultralekki fluid do twarzy SPF 50+.
Co oferuje producent?
- ultralekką konsystencję
- bezzapachowy
- wodoodporny
- nie powoduje powstawania zaskórników
- bardzo wysoka ochrona: SPF 50+ (UVB), PPD 42 (UVA)
- stabilność do 6h
Moja opinia:
Przyznaję, że filtr ten kupowałam z duszą na ramieniu. Mam sprawdzone dwa filtry apteczne, z których byłam bardzo zadowolona, a jak wiadomo, kombinowanie z nowościami nie zawsze wychodzi na dobre. Niemniej zostałam postawiona pod murem i potrzebowałam czegoś "na już". Dodatkowo Anthelios XL był w promocji.
Oczekiwania miałam spore. Właściwie wszystkie można podpiąć pod wyżej wymienione obietnice producenta. Głównie liczyłam na szybką wchłanialność i zapewnienie solidnej ochrony przeciwsłonecznej. W czasie pierwszego testu bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Anthelios rzeczywiście posiada tę "ultralekką" konsystencję. Wręcz początkowo uznałam, że jest zbyt rzadka, co nie sprzyja precyzyjnemu wymierzeniu ilości, jaką chcemy nałożyć na twarz. Nie potrafię stwierdzić ile produktu lądowało na mojej skórze, ale zaaplikowana ilość (niezależnie od tego, jaka by była) szybciutko się wchłaniała i nie pozostawiała po sobie żadnego śladu. Bez problemu już chwilę później mogłam nakładać podkład.
Pamiętacie te upały w lipcu i operujące ostre słońce? Ja doskonale. Przesiedziałam ponad 3h w mocnych promieniach, całkowicie na nie wystawiona, a później spacerowałam jeszcze 1,5h. Do bólu spaliłam sobie ramiona i czubek głowy, ale buzia pozostała nietknięta. Nadmienię, że filtrem posmarowałam twarz godzinę przed wyjściem z domu, więc łączny czas przebywania na słońcu wynosił niecałe 5h (a trzymania filtru na skórze niecałe 6h).
Nie zaczerwienił mi się nawet czubek nosa :)
Chyba nie muszę nic więcej dodawać. Ultralekki fluid Anthelios XL naprawdę doskonale chroni skórę przed słońcem. Nie straszne jest udać się na solidną ekspozycję słoneczną z tym filtrem na buzi.
Jedyna wada, jak zresztą wielu filtrów aptecznych, to słaba stacjonarna dostępność. Po miesiącu od kupienia swojego opakowania w aptece Ziko, przestałam widywać ten filtr. Szukałam go w Superpharm i tam też brak.
Mamy jesień, nadejdzie zima, powrócę chyba do Uriage. Jednak w kolejnym sezonie wiosna-lato królować będzie Anthelios!
Miałyście? Stosujecie filtry do twarzy?
wtorek, 8 kwietnia 2014
Vichy Capital Soleil Emulsja matująca SPF 50 najlepszym filtrem ever
Znalazłam filtr idealny. Wątpię, by jakikolwiek inny kosmetyk z tej rodziny mógł zrobić na mnie tak piorunujące wrażenie, jak Vichy Capital Soleil Emulsja matująca SPF 50. Stosowany w okresie jesień-zima filtr Uriage Hyseac SPF 50+ był dobry, ale niestety posiadał kilka mankamentów, za które nie ma szans dostać się w moim rankingu na pozycję top of the top.
Na twarz filtrów używam przez cały rok. Początkowo było to wymuszone stosowaniem retinoidów, a jak wiadomo, przy takiej kuracji bez wysokiej ochrony przeciwsłonecznej ani rusz. Obecnie robię to z przyzwyczajenia i komfortu psychicznego. Nasz klimat nie wymaga stosowania filtrów z faktorem 50 czy nawet 50+, ale jak już wspomniałam, byłam zmuszona po taki sięgnąć. I tutaj zaczęły się lekkie drgawki ze strachu przed nałożeniem na twarz grubej warstwy czegoś, co może nie chcieć się ładnie wchłonąć, co gorsza zapchać skórę, wałkować się pod podkładem i przy wysokich temperaturach po prostu spłynąć ;P.
Buszowałam po internetach aż natrafiłam na opinie o nowym filtrze wypuszczonym na rynek przez Vichy - wersji matującej o faktorze 50. Do tanich ten filtr nie należał, ale udało mi się go dorwać w aptece Ziko za jedyne 33 zł.
Recenzje miał bardzo dobre, więc ochoczo przystąpiłam do testowania. Nałożyłam na twarz sporą ilość filtra, a ten wchłonął się do matu (!) w mgnieniu oka. Na skórze nie wyczuwałam żadnego irytującego filmu, więc właściwie od razu mogłam przystąpić do nakładania podkładu na nos i policzki (stosuję go tylko w tych rejonach). Mojego Burżuja 10 Hours Sleep Effect rozsmarowałam bez żadnych problemów, gładko i szybko. Co najlepsze, podkład świetnie zgrał się z filtrem i nie potrzebowałam go niczym dodatkowym matowić. Cera pozbawiona była dodatkowego błysku i natłuszczenia, jakie otrzymywałam stosując inne filtry. Po pierwszym użyciu byłam oczarowana.
A jak filtr zachowywał się po kilku godzinach? Faktycznie matował na długi czas. Miałam nawet wrażenie, że lepiej utrzymywał podkład na skórze, który tak łatwo nie schodził z twarzy, co nagminnie miało miejsce przy stosowaniu Uriage Hyseac.
W Vichy są bardzo stabilne filtry, nie destabilizują się po nałożeniu podkładu. Stosowałam go przez okres wiosna-lato razem z retinoidami i nie dorobiłam się nawet jednego przebarwienia. Nie zapchał mojej skłonnej do tego skóry, dzięki czemu moje zauroczenie nim przerodziło się w płomienną miłość. Jest to dla mnie filtr doskonały pod każdym względem. Rozwiał moje wszelkie obawy związane z filtrami o wysokim SPF.
Niestety, jak to w życiu, było zbyt pięknie, więc musiało się... Jeszcze przed końcem lata filtr nagle zniknął ze wszystkich aptek. Chodziły słuchy, że firma przerwała produkcję i wznowi ją dopiero na sezon wiosna-lato, czyli właściwie za rok! Mamy kwiecień 2014 i filtra póki co jeszcze nigdzie nie uświadczyłam. Nie rozumiem dlaczego tak się stało. Apteczny filtr powinien być dostępny w sprzedaży przez cały rok. Albo chociaż jego wersja o niższym faktorze, bo takowa też była. Gdybym wiedziała, że tak się stanie, zrobiłabym zapasy.
Teraz żyję nadzieją, że Vichy Capital Soleil Emulsja matująca powróci do aptek.
Używacie filtrów? Znalazłyście swój ideał? A może był nim Vichy?
czwartek, 27 lutego 2014
1,5 miesiąca z mydłami Aleppo
Na początku stycznia głos rozsądku, mówiący "zamów w końcu te syryjskie mydła!" przezwyciężył osobistą niechęć do mydeł samych w sobie. Nabyłam z rozpędu aż dwa - jedno z dodatkiem czarnuszki i tradycyjne o stężeniu 24% oleju laurowego, czyli silniejsze.
Stosowanie mydeł wdrożyłam od razu. Wersję z czarnuszką (12% oleju
laurowego) stosuję rano, a Aleppo 24% wieczorem. Taki system prowadzę
codziennie od 1,5 miesiąca.
| Zużycie po 1,5 miesiąca codziennego stosowania. Jak widać minimalne ;) |
Moja opinia
Nie mam trądziku, ale zmagam się z powracającymi niedoskonałościami. Teraz mogę to już napisać w czasie przeszłym. Odkąd wprowadziłam do pielęgnacji powyższe mydła Aleppo nie mam z tym problemu. Wiarygodność działania mydeł potwierdza fakt, że w tym czasie nie stosowałam dodatkowo żadnych specyfików z kwasami i składnikami antybakteryjnymi. Jedynie raz w tygodniu robiłam maseczkę z błota z Morza Martwego.
Odstawiłam delikatne produkty, którymi wcześniej myłam buzię i naprzemiennie stosuję tylko Aleppo. Rano słabsze, wieczorem silniejsze. Dokładnie spieniam mydła w dłoniach i masuję buzię przez jakieś 30 sekund. Piany jest sporo, a mycie nią to sama przyjemność (pomijając kwestię zapachu, którego znieść wręcz nie mogę...). Po spłukaniu skóra rzeczywiście aż skrzypi.
Co zauważyłam po 1,5 miesiąca regularnego stosowania:
- zwężenie porów
- doskonałe utrzymywanie nawilżenia
- dogłębne oczyszczenie
- zlikwidowanie posiadanych już niedoskonałości o 90% (pozostałe niedobitki zbladły i są mniej widoczne)
- wygładzenie cery i ujednolicenie kolorytu
- brak powstawania nowych niedoskonałości!!!
Reasumując: jestem zachwycona!
Do tej pory żaden kosmetyk nie dokonał cudu, jakim jest utrzymanie mojej cery w ryzach. Te mydła to uczyniły. Dodatkowo ich zakup jest jednym z najbardziej ekonomicznych - 100g kostka Aleppo 24% (drugą połowę używa moja siostra) starczy mi chyba na 2 lata, a cena tej połówki to tylko 10,50 zł.
Używacie Aleppo? Jak wrażenia?
poniedziałek, 24 lutego 2014
Woda różana - mój wielofunkcyjny kosmetyk
Pojemność: 250 ml
Cena: 8 zł
Dostępność: sklep tybetański Deesis (tam kupiłam swoją), internet
Od długiego już czasu woda różana gości u mnie jako tonik do twarzy. Wykorzystuję ją także na kilka innych sposobów: jako baza dla samoróbnej odżywki w spreju czy składnik serum do twarzy. Woda różana sprawdza się dużo lepiej niż zwykła woda destylowana.
Woda różana powinna
składać się tylko z wody i różanego ekstraktu. Podobno zamataczyli w składzie Dabura dodając niepotrzebne dodatki, jak konserwanty. Moja woda
to chyba jeszcze wersja ze starym składem, ale ręki uciąć sobie nie dam,
bo na opakowaniu nigdzie nie mogę się go doszukać.
Tonik
Przecieranie twarzy wodą różaną to czysta przyjemność nie tylko dla skóry, ale także dla nosa. Woda delikatnie acz pięknie pachnie różami. Kiedyś chciałam wypróbować hydrolat z róży, ale przeczytałam o jego intensywnym, wręcz duszącym zapachu i zrezygnowałam. Po mojej taniutkiej wodzie różanej i tak widzę bardzo fajne rezultaty i na ten moment w zupełności mi ona wystarcza.
Daje uczucie orzeźwienia, ukojenia i nawilżenia. Po przetarciu twarzy czuję jak skóra się napina. Ponadto jest bardzo delikatna i sprawdzi się u naczynkowców.
Mając na stanie całkiem sporą butelkę kwasu hialuronowego, postanowiłam dodać go do wody różanej. Skoro woda tak fajnie spisuje się w formie toniku, to w połączeniu z kwasem (który potęguje przenikanie substancji w głąb skóry) zadziała dużo bardziej nawilżająco.
Początkowo miałam problemu z wycelowaniem w odpowiednie proporcje. Nie chciałam, aby serum było zbyt rzadkie. Wprawdzie jeszcze nie udało mi się dojść do perfekcji, ale ostateczna konsystencja mnie zadowala.
Serum 1:
- 10 ml wody różanej
- 1-2 ml kwasu hialuronowego
Serum 2:
- 10 ml wody różanej
- 2 ml kwasu hialuronowego
- 1 ml ekstraktu z truskawek (może być inny)
To serum niesamowicie pachnie truskawkami! Robiłabym je częściej, ale mam jakiegoś wybitnego pecha do ekstraktów zamawianych na ZSK. Przychodzą już zbrylowane albo szybko popadają w ten stan. Nie wiem, co zrobić, aby ekstrakt powrócił do swojej sproszkowanej postaci :(
Odżywka do włosów w spreju
Wybór składników jest dowolny, w zależności od tego, co chcemy aby w takiej odżywce się znalazło. Bazą jest woda różana dodana w ilości wedle uznania. Z jej dodatkiem każdy psikacz lepiej nawilża moje włosy.
wtorek, 18 lutego 2014
Iwostin Remover, żel redukujący zmiany potrądzikowe
Moja skóra zaliczyła już niejeden kwas. Kwasić się lubię i bez kwasów nie widzę już swojej przyszłości. Dlatego chętnie sięgnęłam po ówczesną nowość (przynajmniej tak mi się wydaje, że wtedy krem został wprowadzony do sprzedaży od niedawna) Iwostinu. Purritin Remover z zawartością 5% kwasu laktobionowego ma pomóc w usuwaniu niedoskonałości.Jak się u mnie spisał?
Co obiecuje producent? Zmniejszenie zmian potrądzikowych, rozjaśnienie przebarwień, zmniejszenie nasilenia i skłonności do powstawania zmian potrądzikowych, wyrównanie powierzchni skóry, stymulację regeneracji naskórka. Hmmm... Bardzo chciałam, ale niczego takiego nie zauważyłam.
Moja opinia:
Iwostin Remover stosowałam naprawdę systematycznie i długo. Ba, krem nie chce się skończyć po dziś dzień (kupiłam go rok temu)! Opakowanie jest już lekkie jak powietrze, a za każdym razem wyciskam z niego porcję, którą z powodzeniem mogłabym wykorzystać na dwa razy. Niewątpliwie ma jedną zaletę: wydajny do bólu.
Kwas laktobionowy w stężeniu 5% nie zdziałał na mojej twarzy kompletnie nic. Nie likwidował niedoskonałości, co gorsza nie przeciwdziałał powstawaniu nowych. Nic a nic. Po miesiącu nie widziałam żadnych pozytywnych efektów. Remover zaskórników nie ruszył, nie zbladły nawet o ton, rozszerzone pory nawet odrobinę się nie zwęziły. To mnie zniechęcało do jego stosowania. Być może kwas ten jest dla mojej skóry za słaby, ale dziwi mnie, że zawartość 5% kwasu przeszła zupełnie bez echa.
Na plus zaliczam brak substancji sprzyjających tzw. zapychaniu porów skóry i dobre utrzymywanie nawilżenia. Żel nie wysusza, nie ma po nim widocznego złuszczania. Stosowanie samo w sobie jest całkiem przyjemne, żelowa konsystencja łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Tylko szkoda, że się u mnie nie sprawdził.
wtorek, 14 stycznia 2014
Moje pierwsze mydła Aleppo + ciekawe pierwsze wrażenia
Zacznę od tego, że na zawsze zapamiętam swoje pierwsze mydło Aleppo... Starałam się przekroić tę twardą kostkę rozgrzanym nożem (przeczytałam, że pozwala to uniknąć pokruszenia mydła), ale nic sobie nie robiła z moich wysiłków. Miałam z tym taki problem, że zapomniałam o wcześniejszym podgrzaniu noża i przycisnęłam do niego kciuk. Teraz zastanawiam się, czy na "pamiątkę" zostanie blizna.
Z wyborem mydła miałam nie lada zagwozdkę. Ile procent byłoby odpowiednie dla mojej cery? Aleppo 40%, które ponoć ma lepsze właściwości lecznicze i regeneracyjne czy 20%, wydające się bardziej bezpieczne, ale jednocześnie pozwalające zauważyć jakieś efekty (moja skóra od lat traktowana jest kwasami)?
Przeczytałam opinie i stwierdziłam, że zawartość aż 40% oleju laurowego to zaczynanie z grubej rury. Wszak panzerface'a nie posiadam. No i nawiedziła mnie wizja przesuszonej skóry, a potem wzmożonego przetłuszczania. Wolałam nie ryzykować.
Zdecydowałam się na Aleppo 24% oleju laurowego i dodatkowo wersję z czarnuszką (po przeczytaniu recenzji na blogu Kascysko. Pozdrawiam!). To drugie zawiera 12% oleju laurowego.
Wrażenia po Aleppo 24%? Pierwsze użycie było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Po umyciu buzi mogłam wręcz obejrzeć wnętrze swoich porów. Wyglądało na to, że mydło je otwiera i idealnie oczyszcza. Skóra po takim myciu lepiej przyjęła krem i po nocy była gładsza i lepiej nawilżona. Niestety dorobiłam się buraka, bo w dniu pierwszego testu, po solidnym wcześniejszym kwaszeniu, skóra akurat zrzuciła starą warstwę, odsłaniając delikatny nowy naskórek. Piekły mnie policzki i zaczerwienienie nie chciało z nich zejść przez 2 dni. Aby się z tym uporać odstawiłam Aleppo i wróciłam do niego, gdy skóra odzyskała równowagę.
Efekty po drugim myciu okazały się niemniej zaskakujące. Już następnego dnia rano skóra zaczęła się złuszczać.
Dzisiaj jest moje trzecie podejście, dodatkowo z tonikiem kwasowym zastosowanym po myciu. Aż się boję co to będzie :P
Używacie mydeł Aleppo? Widzicie po nich efekty?
niedziela, 8 grudnia 2013
Eveline Bio Hyaluron 4D Pro Young Krem intensywnie nawilżający - to jest to!
Zupełnie przez przypadek... no, może nie całkiem, bo nie mogę zapominać o długim ślęczeniu w drogerii nad analizowaniem składu niemal każdego kremu do twarzy... trafiłam na naprawdę zacny specyfik. Produkt marki Eveline przyciągnął mnie do siebie bardzo ładnym składem, dodatkowo pozbawionym potencjalnych substancji zapychających mą cerę. Spojrzałam na niego tylko dlatego, że Rossmann w zeszłym roku nęcił sporą obniżką na wszystkie produkty do pielęgnacji twarzy.
Producent zmienił skład oraz konsystencję kremu. Wcześniej na jednej z pierwszych pozycji znajdowały się triglicerydy (mogące przyczynić się do zapchania porów), także m.in. olej sojowy i kilkanaście pozycji dalej olej arganowy, którego w nowej wersji nie ma, chociaż na pudełku widnieje o nim informacja. Konsystencja jest dużo lżejsza, wcześniej był to gęsty biały krem. Teraz to niemal żelowy mus.
Opis produktu:
Producent zapewnia potrójny efekt - zmatowienia, nawilżenia i rozświetlenia. Dedykowany jest skórom w każdym przedziale wiekowym od 20 do 60 lat. Posiada faktor SPF 8. W szklanym słoiczku mieści się standardowe 50 ml kremu o lekkiej, nieco żelowej konsystencji. Cena ok. 17 zł.
Działanie:
Pokochałam ten krem. Od samego początku byłam do niego optymistycznie nastawiona. Spora ilość gliceryny, mocznika, kwasu hialuronowego, masła shea i oleju migdałowego pozwoliły mi wierzyć w to "intensywne nawilżanie" wyłuszczone wielkimi literami na opakowaniu.
Spodobała mi się szybkość wchłaniania kremu przez skórę. I to praktycznie do matu, który utrzymuje się kilka godzin (tutaj możemy mówić o zapewnianym efekcie matującym). Na skórze czuć delikatną powłoczkę (warstwa okluzyjna gliceryny, masła i oleju), ale nie jest to efekt lepkiej skóry, tylko satynowej. Bardzo dobrze współgra z filtrem i podkładem, jednak w moim przypadku niezbędne jest zastosowanie na koniec skrobi. Nie spowodował zapychania.
Nie sądziłam, że krem ten będzie tak dobrze nawilżał. Idealnie sprawdza się przy kwasach i retinoidach. Po "zrzuceniu skóry" wystarczała mi jedna aplikacja, by cera doszła do siebie i nie dokuczała uczuciem ściągnięcia. Po nocy była napięta, gładka i cały czas dobrze nawilżona.
sobota, 2 listopada 2013
Łagodne żele i kosmetyki myjące do twarzy - zestawienie z "niższej półki"
Po prawie 2 latach przestawienia się na oczyszczanie twarzy łagodnymi produktami nie wyobrażam sobie powrotu do żeli pędzonych na mocnych detergentach. Pamiętam ten przełomowy dzień, kiedy sięgnęłam po Babydream raz, drugi, trzeci, a skóra przestała się sypać i podrażniać.
Każdy z przedstawionych poniżej produktów myjących jest łagodny, w niskiej cenie, niektóre mogą być stosowane wielofunkcyjnie. Żelem do ciała czy szamponem z powodzeniem możemy wymyć buzię - to taki sam produkt myjący jak inne. Żaden też nie posiada substancji powłokotwórczych, które dają złudne uczucie nawilżenia i gładkości. Nie zawierają alkoholu.
1. Płyn do kąpieli Babydream Fur Mama
Nieprzypadkowo znalazł się na pierwszym miejscu. Jest moim ulubieńcem wszech czasów.
Świetnie się pieni, wręcz aksamitnie i zostawia buzię miękką, gładką i dopieszczoną. Ze względu na zawartość olejów w składzie, skóra po umyciu jest bardzo dobrze oczyszczona i dodatkowo zabezpieczona warstwą ochronną. Dłużej zachowuje nawilżenie.
500 ml płynu kosztuje ok. 10 zł w drogeriach Rossmann.2. Szampon Babydream
Od niego zaczynałam i pokochałam od pierwszego użycia.
Myje bardzo dobrze, tak samo dobrze się pieni, nie podrażnia. Zostawia skórę gładką, bez uczucia ściągnięcia. Nie ma w składzie żadnych olejów, ale zapewnia mi uczucie gładkości i jedwabistości niemal porównywalne jak z płynem do kąpieli dla mam.
250 ml kosztuje ok. 5 zł w drogeriach Rossmann.3. Garnier Czysta Skóra 3w1 potrójna moc minerałów i kwas salicylowy - (z białą glinką)
W prawdzie nie jest pozbawiony silnego detergentu, ale znajduje się dopiero na 9 miejscu w składzie. Żel więc można uznać za mniej "inwazyjny" pod względem mycia.
Podoba mi się w nim spora dawka białej glinki (dobrze działającej na cery problemowe) i drobinki zdzierające, jak w peelingu. Po umyciu tym żelem skóra dłużej pozostaje matowa - liczyłam na ten efekt i się nie zawiodłam. Doskonale oczyszcza, po każdej aplikacji miałam wrażenie, że skóra oddycha.
150 ml kosztuje ok. 14 zł w drogeriach.
Obecnie jeden z najtańszych łagodnych produktów myjących na rynku. Pieni się jak trzeba, dobrze oczyszcza, nie podrażnia.
300 ml kosztuje ok. 4 zł w drogeriach Rossmann.5. Nawilżający żel do mycia twarzy Lirene z lipą
Ten żel naprawdę zostawia skórę twarzy dobrze nawilżoną po myciu. Przyznaję, że w pierwszej chwili zupełnie w to nie wierzyłam. Nie pieni się jakoś specjalnie, ale mycie nim należy do przyjemności. Ma piękny zapach i aksamitną konsystencję. No i działanie - skóra jest ukojona, nieściągnięta, gładka, miękka.
150 ml kosztuje od 10 zł w górę w zależności od drogerii.6. Żel do mycia twarzy BeBeauty z kwiatem lotosu
Lepiej sprawdzi się przy porannym myciu niż wieczornym. Prawie wcale się nie pieni i nie daje zadowalającego uczucia oczyszczenia, chociaż nie twierdzę, że wcale nie myje ;)
Skład ma bardzo fajny i podobnie do żelu z Lirene zostawia skórę nawilżoną. Przy wieczornym oczyszczaniu może okazać się za słaby, ze względu na małe możliwości pianotwórcze, ale rano, gdy chcemy tylko odświeżyć skórę, sprawdza się idealnie.
150 ml kosztuje 4,50 zł w Biedronce.A ponadto:
- szampon lub płyn do kąpieli Hipp
- Johnson's baby łagodny płyn do mycia ciała i włosów 3w1
- Babydream płyn do mycia (niebieski z pompką)
środa, 30 października 2013
Krem ulubiony. Recenzja kremu Apis z żurawiną
Apis - polska firma produkująca naprawdę świetne kosmetyki do twarzy, ciała i włosów. Aż dziw bierze, że nie jest o niej głośno. A powinno! Świetne składy, bardzo miłe dla portfela ceny i duże pojemności to coś, co oferuje nam koncern pod postacią swoich produktów.
Dzisiaj będę recenzować ich ujędrniający krem do twarzy z żurawiną i olejem arganowym.
Od kremu do twarzy wymagam bardzo dużo. Ma nie zapychać porów, ładnie się wchłaniać bez pozostawiania tłustej warstewki na skórze, dobrze nawilżać i zapobiegać utracie wody. Bezwzględnie musi też koić podrażnioną skórę. Dobrze by było, gdyby także współgrał z wysokimi filtrami nie powodując, by ich wchłanianie trwało całe wieki. Krem żurawinowy Apis sprawdził się celująco pod każdym z wyżej wymienionych warunków.
Lubię jego konsystencję i to, że łatwo się rozprowadza na skórze bez efektu "mazania", jaki miałam z poprzednim kremem (na szczęście już dziada wykończyłam).
Opakowanie i cena:
Dużym plusem jest ponad podwójna objętość kremu, bo to aż 110 ml. Standardowe słoiczki zawierają tylko 50 ml. To gwarantuje nam, że krem nie zniknie w oka mgnieniu i będzie nam służył nawet kilka miesięcy. W aptekach cena regularna to ok. 12 zł, na promocji taniej.
Skład:
aqua, grape seed oil, sunflower oil, argania spinosa oil/argania spinosa kernel oil, glycerin, carbomer, cranberry extract, aloe extract, cetearyl alcohol & ceteareth 20, collagen, elastin, zinc oxide, titanium dioxide, triethanoloamine, ascorbyl palmitate, ascorbic acid, citric acid, tocopherol, methylchloroisothiazolinone, methylisothiazolinone, benzyl alcohol, parfum, annatto.
Krem na bogato! Po wodzie mamy olej z pestek winogron, słonecznikowy, arganowy, glicerynę, karbomer wiążący wodę, ekstrakt z żurawiny, aloesu, nawilżacze, kolagen elastynę, tlenek cynku, witamina E.
Oleje zabezpieczą przed ucieczką wody i pozwolą składnikom nawilżającym robić to, co do nich należy. O ujędrnienie zadbają kollagen, elastyna i olej arganowy, który jest już na czwartym miejscu w składzie. Jedynie mogłabym się przyczepić do niefajnych konserwantów. Ale ich ilość jest niewielka i reszta składu rekompensuje mi ich obecność z kremie.
Działanie:
Jak już wspomniałam, krem nie spowodował zapchania porów mimo bardzo bogatego składu. Oceniam go jako lekki, choć z dużym potencjałem nawilżającym i regenerującym. Gdy miałam naprawdę podrażnioną skórę, ściągniętą, czerwoną i wręcz płonącą, łagodził ten stan w ciągu jednej nocy.
Duża pojemność pozwalała mi bez żalu stosować krem też na szyję, dekolt i łokcie.
Dostępnych jest kilka innych rodzajów, m.in. z miodem i kozim mlekiem, z mleczkiem pszczelim i witaminami czy arbuzowy. Mam chrapkę na przetestowanie wszystkich. Macie jakiś swój nr jeden?
sobota, 19 października 2013
Iwostin Purritin Krem na noc redukujący niedoskonałości
Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moimi wrażeniami na temat kremu Iwostinu z kwasami. Jest to dla mnie swego rodzaju podróż w przeszłość, bo krem ten odkryłam jakieś 5 lat temu. I to zupełnie przypadkowo.
W tamtym czasie nie miałam pojęcia o czymś takim, jak kwasy. Nie wiedziałam jakie jest ich działanie, jakie korzyści niesie ich stosowanie. Bardziej interesował mnie produkt jako całość i wierzyłam każdemu słowu wypisanemu przez producenta na opakowaniu. Byłam wierna Vichy i ich serii Normaderm, chociaż ceny porażały. Ba, gdy koncern wprowadził nowy krem na noc, którego cena potrafiła przekroczyć w aptece 80 zł, skrupulatnie ciułałam grosz do grosza i wyczekiwałam promocji, by go mieć. Vichy Normaderm Night w porównaniu do swojej tradycyjnej wersji sprawdzał się dużo lepiej, bo w składzie nie miał alkoholu denat. i nie był naszpikowany parafiną. Oczywiście wtedy nie miałam o tym zielonego pojęcia. Liczyła się marka.
Krem się skończył akurat w momencie, gdy mamony brakło i nie zanosiło się na jakiekolwiek obniżki. Byłam zmuszona znaleźć zamiennik.
Krem dla skóry z niedoskonałościami Iwostinu przyciągnął moją uwagę, bo również był przeznaczony na noc (ha ha!). Liczyłam, że ich działanie będzie podobne, a ponad dwukrotnie niższa cena tylko zachęcała do zakupu. Także pojemność jest większa niż standardowo, bo to aż 75 ml.
Krem dla skóry z niedoskonałościami Iwostinu przyciągnął moją uwagę, bo również był przeznaczony na noc (ha ha!). Liczyłam, że ich działanie będzie podobne, a ponad dwukrotnie niższa cena tylko zachęcała do zakupu. Także pojemność jest większa niż standardowo, bo to aż 75 ml.
Działanie:
A jakie było moje zdziwienie, gdy już po dwóch tygodniach conocnego smarowania skóra zaczęła widocznie się wygładzać. Borykałam się z chropowatymi niedoskonałościami na policzkach, których sławetny Vichy nawet nie ruszył (tak a propos...), a Iwostin zlikwidował już po 3 tygodniach! Nie wierzyłam własnym oczom.
Kwasy zawarte w kremie znajdują się w połowie składu, więc ich ilość nie jest duża, ale mimo to działają, naprawdę działają. Złuszczanie naskórka odbywa się w sposób "niewidoczny" - mam tu na myśli brak linienia i widocznych odstających skórek. Tym bardziej krem ten daje nam komfort stosowania. Radzi sobie z niedoskonałościami, wygładza skórę i sprawdzi się nawet na bezproblemowych cerach, jako zamiennik mechanicznego złuszczania peelingami.
Skład:
Aqua, Iwonicz Aqua, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Isopropyl Palmitate, Glycerin, Ethaxydiglycol, Vitis Vinifera Oil, Glycerin Stearate, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Squalane, Polysorbate 60, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Cetearyl Alcohol, Lactic Acid, Glycolic Acid, Citric Acid, Malic Acid, Salicylic Acid, Triethanolamine, Allantoin, Zinc PCA, Triclosan, Melaleuca Alternifolia Oil, Parfum, Disodium Edta, PEG-8, Tocopherol, Ascorbic Acid, Ascorbyl Palmitate.
Mamy tu kwas mlekowy, glikolowy, cytrynowy, jabłkowy i salicylowy. Jest też olej z pestek winogron, cynk i antybakteryjny olejek z drzewa herbacianego. Iwostin zmienił formułę kremu. W nowej kwasy są niestety o dwie pozycje niżej. Za to nie ma parabenów (konserwanty).
Krem jest wolny od typowych substancji powłokotwórczych, które działają niekorzystnie na problematyczne cery. Nie ma w nim ani silikonów ani parafiny, które znajdują się w kremach Vichy Normaderm. Teraz rozumiem, dlaczego Vichy nie dawało u mnie zadowalającego efektu. To, co kwasy miały złuszczać, było na powrót zapychane przez filmformery.
Krem jest wolny od typowych substancji powłokotwórczych, które działają niekorzystnie na problematyczne cery. Nie ma w nim ani silikonów ani parafiny, które znajdują się w kremach Vichy Normaderm. Teraz rozumiem, dlaczego Vichy nie dawało u mnie zadowalającego efektu. To, co kwasy miały złuszczać, było na powrót zapychane przez filmformery.
Nowej wersji nie miałam okazji przetestować, dlatego jeśli dorwę krem na jakiejś promocji, na pewno kupię. Chciałabym go porównać do wersji Remover z 5% kwasem laktobionowym, z którym jednak dawny Purritin na noc wygrywa.
Miałyście?
Miałyście?
wtorek, 16 lipca 2013
JAK PRZYSPIESZYĆ WZROST WŁOSÓW: Suplementacja - mój hit
Odkąd zapuszczam włosy suplementacja to stały element mojej wewnętrznej kuracji. Zwykle prowadzę ją przez 3 lub 4 miesiące, bo dopiero przy dłuższym stosowaniu widać najlepsze rezultaty. Ja dużo pozytywów zauważam już w ciągu pierwszego miesiąca i właśnie dlatego nie jestem w stanie zrezygnować z suplementów, chociaż zdrowo się odżywiam ;)
Decydując się na suplementację w celu wzmocnienia i przyspieszenia porostu włosów trzeba pamiętać, że w pierwszej kolejności organizm uzupełnia braki, a dopiero to, co zostanie dociera do włosów, skóry i paznokci. Dlatego warto wybierać takie zestawy, które mają porządne dawki interesujących nas elementów. Wtedy więcej dobroci ma szansę dotrzeć do włosów i skóry - ja tak to sobie tłumaczę i działam tak od ponad roku.
Przerobiłam wiele suplementów, a także kuracji opartych na piciu drożdży, naparu z pokrzywy i odwaru ze skrzypu. Po nich widziałam najlepsze rezultat, jeśli chodzi o włosy i skórę.
Drożdże (zawierają zestaw witamin z grupy B) już po pierwszych tygodniach wygładzają moją skórę i widocznie ją oczyszczają.
Pokrzywa i skrzyp - czyli potężne dawki krzemu - oczyszczają organizm z toksyn, dzięki czemu skóra jest niewiarygodnie gładka, a niedoskonałości szybko znikają. Za każdym razem już po tygodniu picia tych ziół znacząco ogranicza mi się przetłuszczanie skóry głowy. U niektórych może wystąpić wysyp krostek ze względu na oczyszczanie się organizmu i jest to zupełnie normalna reakcja. Moja rada to przetrwać wysyp, ale jeśli nie jesteście w stanie go niczym opanować, wtedy oczywiście lepiej przerwać kurację.
Pokrzywa i skrzyp - czyli potężne dawki krzemu - oczyszczają organizm z toksyn, dzięki czemu skóra jest niewiarygodnie gładka, a niedoskonałości szybko znikają. Za każdym razem już po tygodniu picia tych ziół znacząco ogranicza mi się przetłuszczanie skóry głowy. U niektórych może wystąpić wysyp krostek ze względu na oczyszczanie się organizmu i jest to zupełnie normalna reakcja. Moja rada to przetrwać wysyp, ale jeśli nie jesteście w stanie go niczym opanować, wtedy oczywiście lepiej przerwać kurację.
Przy piciu pokrzywy i skrzypu trzeba robić przerwy, ja stosuję się do zasady: 3 miesiące picia i miesiąc przerwy/1 miesiąc picia i tydzień przerwy oraz uzupełniać witaminy z grupy B, bo te zioła je wypłukują. Dlatego kuracja łącząca pokrzywę/skrzyp + drożdże/kompleks witamin z grupy B jest niezbędna, a tym samym dla mnie idealna.
Czasami nie miałam możliwości zaparzenia ziół czy przygotowania drożdży (bywało, że nie mogłam nigdzie dostać tych Babuni, które się rozpuszczają), więc kuracja była przerywana. Dlatego, co jakiś czas stawiam na suplementy z tymi składnikami i kierując się zasadą "dużych dawek" najczęściej łykam:
1. Humavit N - Witaminy z grupy B
Mamy aż 400 mg drożdży piwnych i witaminy B6 oraz B3.
Cena ok. 10 zł za 250 tabletek (kuracja na ok. 6 tygodni).
Drożdże piwne (ok. 105 mg/kaps.), ziele pokrzywy (ok. 105 mg/kaps.). Łykając 4 tabletki dziennie dostarczamy organizmowi aż po 420 mg drożdży i pokrzywy.
Cena na doz.pl obecnie 14.90 zł (szybko podrożały...) za 120 tabletek (kuracja na miesiąc przy łykaniu 4 tabletek dziennie).
3. Urtix (pokrzywa)
Jedna tabletka zawiera aż 330 mg korzenia pokrzywy.
Cena ok. 9 zł za 60 tabletek (kuracja na 2 miesiące przy łykaniu 1 tabletki dziennie).
( Na 4 miejscu znalazłby się Vitapil, ale cena go skutecznie dyskredytuje...)
Wczoraj rozpoczęłam łykać cynk i witaminę A w preparacie Cynk plus A (ok. 15 zł za 100 tabletek - w tym 15 mg cynku; kuracja na 3 miesiące). Czytałam, że takie połączenie świetnie wpływa na skórę i jestem bardzo ciekawa efektów. Jeśli ten suplement sprawdzi się równie dobrze, jak moje powyżej przedstawione hity, to z pewnością do nich dołączy. Gdy zauważę jego działanie to na pewno podzielę się z Wami swoimi wrażeniami!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









